wtorek, 13 listopada 2018

Rozdział V

Z wrażenia omal nie potknęłam się o własne nogi. Wypadłam spomiędzy drzew, bez zastanowienia wypadając na szosę. Nerwowo powiodłam wzrokiem dookoła, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, jak głupim posunięciem było to, co zrobiłam. Gdyby z którejś strony nadjeżdżał samochód, jak nic wylądowałabym komuś na masce, ale w tamtej chwili nie potrafiłam się tym przejąć. Daleko było mi do tego, by logicznie myśleć, zwłaszcza że wszystko we mnie aż krzyczało, że w każdej chwili wszystko mogło pójść nie tak.
Dysząc ciężko i walcząc o złapanie oddechu, nerwowo obejrzałam się przez ramię. Nie miałam pojęcia na co liczyłam, ale poczułam się rozczarowana. Nigdzie nie widziałam Ryana, co nie pozwalało mi się uspokoić. Wręcz przeciwnie – z każdą kolejną sekundą w głowie miałam coraz większy mętlik.
Co robić? Co robić…?
Nerwowo zacisnęłam dłonie w pięści. Zabolało, ale zignorowałam to, zbytnio przejęta tym, co działo się wokół mnie. Jasna cholera, nie tak to sobie wyobrażałam. Zdecydowanie nie brałam pod uwagę, że nagle wyląduję na pustej leśnej drodze, na dodatek o świcie i paradując w cienkiej koszuli nocnej. Co więcej, zdecydowanie nie brałam pod uwagę tego, że nagle zostanę zwierzyną łowną, a do pomocy będę miała przypadkowego gościa, co do którego nie miałam pewności, czy mogłam mu ufać.
Zaklęłam pod nosem. Nie mogłam się powstrzymać, a cisnące mi się na usta wiązanki wydawały się lepszą alternatywą, niż gdybym zaczęła miotać się na prawo i lewo. Czułam się odsłonięta, podświadomie czując, że powinnam wrócić do lasu i ukryć się gdzieś w pobliżu. Skoro Ryan miał rację, a mnie faktycznie udało się dotrzeć do drogi, może faktycznie pomysł z rozdzieleniem się nie był aż taki zły. Z drugiej strony, mogłam tylko zgadywać kiedy i jakim cudem chłopak zamierzał do mnie dołączyć. O ile w ogóle zamierzał się pojawić.
Raz jeszcze nerwowo spojrzałam na linię drzew. Dotarcie do drogi było najlepszym, co mogło mnie spotkać. Gdyby sprawy zależały tylko ode mnie, bez wahania ruszyłabym wzdłuż szosy, licząc na to, że prędzej czy później natrafię na miasto albo przynajmniej kogoś, kto zechce mi pomóc. Na litość Boską, przecież to nie tak, że miałam na czole wypisane, że byłam Obdarzoną! Zwłaszcza po takim czasie ludzie musieli liczyć, że wszyscy ci, których uważano za niebezpiecznych, zostali wyłapani. Co prawda istniała możliwość, że ktoś zaniepokoiłby się przypadkową dziewczyną, która w takim stanie wędrowała gdzieś o wschodzie słońca, ale to akurat było ryzyko, które byłam w stanie zaakceptować. Nie żebym tak naprawdę miała wybór.
Ryan, do cholery…, jęknęłam w duchu. Nie potrafiłam tak po prostu go zostawić. Chciałam tego czy nie, uratował mnie. Może byłam naiwną kretynką, ale nie wyobrażałam sobie, by już na wstępie porzucić kogoś, komu zawdzięczałam życie, nieważne jak irytujący by nie był. Podejrzewałam, że prędzej czy później miałam tego pożałować, ale trudno. Poczucie zagrożenia wciąż nie było aż tak wielkie, bym chciała przetrwać za cenę życia kogoś, kto okazał się moim sprzymierzeńcem.
Z trudem odrzuciłam od siebie niechciane myśli. Próbowałam skupić się na działaniu, choć to okazało się trudniejsze, aniżeli mogłabym sobie życzyć. Raz po raz oglądając się na gęstwinę, bez pośpiechu ruszyłam wzdłuż szosy. Nie ustaliliśmy konkretnego miejsca spotkania – nie żeby było jak – więc równie dobrze mogłam się rozejrzeć. Potrzebowaliśmy planu, a skoro Ryana nie było obok, musiałam zdać się na siebie. Wątpiłam zresztą, by była potrzebna mu partnerka, która nawet nie potrafiła o siebie zadbać.
Partnerka. Jakkolwiek by to nie brzmiało.
Zdecydowanie nie pisałam się na taki scenariusz, ale tymczasowo to nie było ważne. Jak długo mieliśmy w planach razem uciekać, mogłam założyć, że współpracowaliśmy.
Cisza dzwoniła mi w uszach. Zawsze wiedziałam, że klasztor znajdował się w dość odludnym miejscu, ale dopiero w tamtej chwili dotarło do mnie, co to tak naprawdę oznaczało. Dający mi się we znaki chłód również coraz dobitniej uświadamiał mi, w jak nieciekawym znalazłam się położeniu. Zamarzałam, zwłaszcza odkąd adrenalina opadła na tyle, bym zdołała się rozluźnić – tylko trochę, ale jednak. Choć przez chwilę nie musiałam uciekać, ale to wcale nie brzmiało jak powód do ulgi.
Mogłam tylko zgadywać, ile minęło czasu. To mogły być minuty, ale z mojej perspektywy przypominały długie godziny. Prawda była taka, że odchodziłam od zmysłów, chcąc nie chcąc zamartwiając bezpieczeństwem kogoś, kogo znałam raptem chwilę. W dużej mierze chodziło o wdzięczność i najzupełniej naturalny, ludzki odruch, ale jednak. Już raz musiałam patrzeć jak ktoś umiera, a skoro tak…
Machinalnie uniosłam dłoń do ust. Przełknęłam, bo nagle zaschło mi w gardle i to bynajmniej nie dlatego, że zdecydowanie zbyt długo błąkałam się po lesie. Na krótką chwilę zamknęłam oczy, z uporem usiłując zapanować nad myślami, zwłaszcza tymi niechcianymi. To nie był czas na wspominki i rozpamiętywanie rzeczy, o których wolałabym jak najszybciej zapomnieć.
Ze świstem wypuściłam powietrze. Szybkim krokiem ruszyłam dalej, przez chwilę będąc w stanie skupić się wyłącznie na marszu. Miałam wrażenie, że las z każdej strony wyglądał tak samo – monotonny krajobraz, składający się z rosnących tuż obok siebie drzew. W tamtej chwili zwątpiłam, czy ucieczka z gęstwiny faktycznie była taka dobra, skoro moja sytuacja ani trochę się nie poprawiła, nim jednak zdążyłam zadecydować, czy skrycie się między drzewami jednak nie było lepszą perspektywą, coś przykuło moją uwagę.
Zatrzymałam się gwałtownie, w milczeniu przypatrując zaparkowanemu na poboczu samochodowi. Znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki, a do mnie dopiero po chwili dotarło, że wyglądał na opuszczony. Machinalnie powiodłam wzrokiem dookoła, niemalże spodziewając się, że zauważę kogoś, kto znów spróbuje mnie zaatakować, ale wszystko wskazywało na to, że wciąż byłam sama. Zmrużyłam oczy, nie odrywając wzrok od czarnego, lśniącego w nikłych promieniach wschodzącego słońca lakieru.  Nie znałam się na modelach samochodów, ale ten tutaj wyglądał na drogi i dość elegancki. Co więcej, spokojnie mógłby pomieścić przynajmniej siedem osób, co również dało mi do myślenia.
Podeszłam bliżej, wciąż czujna i z napiętymi mięśniami. Serce tłukło mi jak oszalałe, kiedy spróbowałam zajrzeć do środka przez przyciemnione szyby. Osłoniłam oczy dłońmi, żeby lepiej widzieć, po czym nachyliłam się tka bardzo, że niemalże dotykałam nosem okna.
Wnętrze samochodu nie wyróżniało się niczym szczególnym. Tak przynajmniej pomyślałam w pierwszym odruchu, póki nie zauważyłam, że tylnie siedzenia oddzielono czymś, co wyglądało jak metalowa krata. Coś w tym widoku momentalnie skojarzyło mi się z radiowozem, choć zdecydowanie nie miałam do czynienia z policją. Nie do końca.
Wszystko wskazywało na to, że jak gdyby nigdy nic stałam sobie obok samochodu Poszukiwaczy.
Świetnie! Jeszcze wsiądź do środka, zajmij miejsce z tyłu i owiń wstążeczką. Ucieszą się jak wrócą.
Wywróciłam oczami. Wszystko we mnie rwało się do ucieczki, ale z drugiej strony… W pobliżu wciąż nikogo nie było, a ja zaczynałam czuć się niemalże jak desperatka. W tamtej chwili najważniejsza była ucieczka, a na to zdecydowanie nie mogłam co liczyć – nie na piechotę i w stanie, który pozostawiał wiele do życzenia. Zaczynałam być zmęczona, przez co chłód jeszcze bardziej dawał mi się we znaki. To i kilku dobrze zbudowanych, przyzwyczajonych do ganiania za zbiegami facetów, biegających po lesie, zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
Nie miałam pojęcia, czego się spodziewałam, sięgając do drzwi. Westchnęłam, bynajmniej nie zaskoczona tym, że napotkałam opór. Zamknięte. Oczywiście, że tak – w końcu tylko idiota zostawiłby niezabezpieczone auto w miejscu, gdzie każdy miał do niego dostęp. Pełna wątpliwości, w pośpiechu obeszłam pojazd, wciąż uważnie mu się przypatrując. Rozsądek podpowiadał mi, że powinnam go zostawić i jak najszybciej uciekać, zwłaszcza że ktoś – chociażby Patrick, skoro zdaniem Ryana wciąż żył – mógł mnie tu znaleźć, a jednak…
Bez zbędnego zastanowienia chwyciłam leżący przy drodze kamień. Chwilę ważyłam go w dłoni, zastanawiając się nad pomysłem, który przyszedł mi do głowy. Wróciłam do drzwi pasażera, uważnie przypatrując się szybie. Odłamki na siedzeniu kierowcy nie brzmiały jak dobry pomysł, więc być może lepiej było uderzyć od boku.
– Zwariowałaś?! Włączysz alarm! Czy ty…?!
Głos za moimi plecami sprawił, że omal nie wyszłam z siebie. Stłumiłam krzyk, w zamian robiąc pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy. Bez zastanowienia upuściłam kamień, po czym – poruszając się trochę jak w transie – błyskawicznie odwróciłam się, by w następnej sekundzie zdzielić w twarz osobę, która pojawiła się tuż za mną.
Pięścią.
Mocno.
A potem już tylko w panice przypatrywałam się Ryanowi, który zatoczył się w tył, przyciskając dłonie do twarzy i klnąc na czym świat stoi.
No cóż, przynajmniej w końcu się znalazł…
– Cholera… – wyrwało mi się.
Gdyby wzrok zabijał, chłopak jak nic miałby mnie na sumieniu. Na szczęście to nie mordowanie spojrzeniem było jego wyjątkową umiejętnością, a przynajmniej miałam takie nadzieję. Tak czy siak, nie czułam się jakoś szczególnie martwa, kiedy spojrzał na mnie z furią w oczach, wciąż przyciskając obie dłonie do ust.
– Cholera?! – powtórzył. Wzniosłam oczy ku górze, po chwili zastanowienia decydując się zachować dla siebie, że jego głos zaczął brzmieć nienaturalnie piskliwie. – Cholera?! Co z tobą nie tak?!
– Ze mną? – Z niedowierzaniem potrząsnęłam głową. Chociaż też miałam ochotę podnieść głos, nie byłam w stanie. Zbyt długo pracowałam nad tym, by trzymać nerwy na wodzy, by teraz znów pozwolić sobie na zrobienie czegoś głupiego. – To ty zaszedłeś mnie od tyłu – zauważyłam przytomnie. – A jeśli dalej będziesz się drzeć, alarm wcale nie będzie potrzebny.
– Ja…
Nagle urwał, być może uświadamiając sobie, że zbytnio się zapędził. Natychmiast zamilkł, po czym odwrócił się do mnie plecami, mrucząc coś cicho. Wciąż przyciskał dłonie do twarz, a ja chcąc nie chcąc poczułam się z jego powodu winna. Nie żebym szczególnie żałowała takiej a nie innej reakcji…
– Hej, nic ci nie jest? – zaryzykowałam, ostrożnie przesuwając się bliżej. Chciałam klepnąć go w ramię, ale zrezygnowałam, kiedy zesztywniał i odsunął się ode mnie w popłochu. – Nie miałam pojęcia, co robić. Szczerze mówiąc, zaczynałam się martwić, że tu nie dotrzesz.
– I dlatego na dobry początek postanowiłaś mnie zabić? – mruknął z przekąsem. Zabrał rękę, a mnie udało się dostrzec ślady krwi na jego palcach. Cudownie. – Okej, ale przyznaję – rozmach to ty masz.
Nie miałam zielonego pojęcia, czy powinnam uznać to za komplement.
– Pokaż – zasugerowałam, próbując przesunąć się w taki sposób, by przyjrzeć się jego twarzy. W środku lasu i tak nie byłabym w stanie niczego zmienić, ale zawsze mogłam przynajmniej się upewnić, czy wszystko w porządku. I nie, wcale nie chodziło o to, że czułam swego rodzaju satysfakcję z tego, że udało mi się trafić! – Ryan…
– Nieważne. – Machnięciem ręki dał mi do zrozumienia, żebym się odsunęła. – Chodź, to złe miejsce na zatrzymywanie. Chyba ich zgubiłem, więc teraz tylko musimy się stąd wydostać.
Jeszcze kiedy mówił, bez słowa obszedł samochód, szybkim krokiem z powrotem ku linii drzew. Przez chwilę bezmyślnie mu się przypatrywałam, próbując stwierdzić, czy faktycznie zamierzał uciekać na piechotę. Dopiero po chwili pomyślałam, że przecież musiał jakoś tutaj dostrzec, więc chcąc nie chcąc popędziłam za nim. Skoro nie zamierzał mnie tutaj zostawić, mogłam chyba założyć, że jednak nie chciał mojej śmierci.
I tak ci nie ufam. Ani trochę, pomyślałam, ale czułam się tak, jakbym chciałam przekonać przede wszystkim samą siebie. Przecież gdyby to było takie proste, w ogóle bym na niego nie czekała.
Niezależnie od tego, jak bardzo irytujący był ten facet, na tę chwilę pozostawał moją ostatnią deską ratunku i tego zamierzałam się trzymać.

Nie byłam w stanie się skupić.
Szliśmy przed siebie w milczeniu, dość szybkim tempem, ale i tak zaczęło być mi zimno. Czułam się nieswojo, chcąc nie chcąc wciąż rozglądając się dookoła. Cisza zaczynała mi ciążyć, ale nie próbowałam jej przerywać, dobrze wiedząc, że to nie był właściwy moment na jakiekolwiek rozmowy. Zresztą coś w postawie Ryana dawało mi do zrozumienia, że nie miał ochoty na pogawędkę. Miałam wrażenie, że wciąż był na mnie obrażony za to, że dałam mu w twarz – i to pomimo tego, że sam był sobie winny.
Skrzyżowałam ramiona na piersiach, próbując się rozgrzać. Próbowałam utrzymać tempo, które narzucił Ryan, ostatecznie idąc zaledwie dwa kroki za nim. Przyśpieszyłam, próbując się z chłopakiem zrównać, choć to niewiele zmieniło. Przynajmniej byłam w stanie przyjrzeć się jego profilowi, sama niepewna, czego tak naprawdę się spodziewałam. Jakaś część mnie podejrzewała, że mój towarzysz nagle się zdenerwuje, zwłaszcza kiedy wymownie spojrzałam na jego usta. Trafiłam, poza tym widziałam krew, a skoro tak…
Tyle że twarz Ryana wyglądała absolutnie normalnie.
Zawahałam się, sama niepewna, co o tym myśleć. Nie widziałam nawet śladu siniaka czy pękniętej wargi. Podejrzliwie zmrużyłam oczy, nie tyle rozczarowana, co dziwnie zaniepokojona tym stanem rzeczy. Jasne, nie miałabym nic przeciwko temu, by okazało się, że Ryan wyszedł z tego małego nieporozumienia bez szwanku, ale z drugiej strony, coś naprawdę mi tutaj nie pasowało.
– Co? – usłyszałam i to wystarczyło, by wyrwać mnie z zamyślenia.
Uprzytomniłam sobie, że przypatrywałam mu się w zdecydowanie zbyt otwarty, przenikliwy sposób. Poczułam się co najmniej nieswojo, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Coś w widoku stalowoszarych tęczówek sprawiło, że momentalnie uciekłam wzrokiem w bok, nagle speszona.
– Nic a nic – odparłam wymijająco. – Po prostu… zadziwiająco dobrze wyglądasz – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Nieco złośliwe prychnięcie mnie nie zaskoczyło. Za to w pełni szczery, całkiem przyjemny dla ucha śmiech już tak. W tamtej chwili Ryan wyglądał przede wszystkim na wytrąconego z równowagi moimi słowami i własną reakcją. W roztargnieniu przeczesał jasne włosy palcami, jakby sam nie wiedział, co powinien zrobić z rękami.
– Niekoniecznie dzięki tobie – stwierdził, rzucając mi dość wymowne spojrzenie. Obserwowałam go wyłącznie kątem oka, ale zdążyłam zauważyć uśmiech i to, że nie pozostał mi dłużny w przyglądaniu się. Sęk w tym, że on mierzył mnie wzrokiem bez choćby cienia wątpliwości. – Mógłbym powiedzieć to samo. Ciekawy strój jak na leśne wycieczki…
– Następnym razem poproszę, żeby Poszukiwacze poczekali grzecznie pod drzwiami, bym zdążyła się przebrać – wymamrotałam gniewnie.
Zarumieniłam się, choć miałam nadzieję – najpewniej płonną – że tego nie zauważył. Może i sobie na to zasłużyłam po moich wcześniejszych słowach, ale rozwalona warga mimo wszystko nie była tym samym poziomem niezręczności, co bieganie w koszuli nocnej.
– W takim razie ukrywałaś się gdzieś w pobliżu. – Ryan nagle spoważniał. – W klasztorze, prawda?
Z wrażenia omal nie straciłam równowagi. To nie tak, że ten fakt stanowił jakiś szczególny sekret, który za wszelką cenę chciałam zachować. W gruncie rzeczy to było aż nazbyt oczywiste, bo co innego mogłam robić w tym miejscu? Podejrzewałam zresztą, że to właśnie z Ryanem spotkałam się w podziemiach i że doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Co prawda żadne z nas wprost nie poruszyło tego tematu, ale to tak naprawdę nie było konieczne.
Nie zmieniało to jednak faktu, że po jego słowach poczułam się niemalże otoczona. Naprawdę uważał, że zamierzałam mu się zwierzać? Z jednej strony to były drobiazgi – to, że w klasztorze znalazłam azyl i spędziłam tam dobry rok, żyjąc względnie spokojnie. Możliwe, że mogłam pozwolić sobie na przyznanie chociaż tyle, zwłaszcza komuś, kto na tę chwilę wydawał się moim jedynym sprzymierzeńcem. Problem jednak polegał na tym, że absolutnie tego nie chciałam.
Zacisnęłam usta. Tym razem już wcale nie patrzyłam na Ryana, udając przesadne wręcz skupienie na tym, co miałam pod stopami. Teren był prosty, nawet jeśli nie szliśmy jakąś konkretną ścieżką, więc ostrożność brzmiała jak marna wymówka, ale nie dbałam o to. Zresztą kolejne słowa obserwującego mnie chłopaka jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że aż za dobrze odczytał moje intencje.
– Jak sobie chcesz.
Westchnęłam w duchu, wyczuwając w jego tonie swego rodzaju gorycz. Czego się spodziewał? Znaliśmy się dosłownie pięć minut, więc tym bardziej nie czułam się zobowiązana, by o czymkolwiek mu mówić. Szczerze mówiąc, sama nie byłam pewna, dlaczego w ogóle nim szłam, ale o tym też próbowałam nie myśleć. Takie towarzystwo i tak wydawało się lepsze, niż uciekanie przed wszystkimi wokół, a ja…
Och, szczerze mówiąc, o wiele pewniej czułam się z choćby złudnym poczuciem, że nie tylko na mnie leżała cała odpowiedzialność za przeżycie. Może to czyniło ze mnie tchórza, ale co miałabym na to poradzić? Bałam się, a ciągłe napięcie i mętlik w głowie niczego nie ułatwiały.
– Dalego jeszcze? – zapytałam, chcąc zmienić temat. Cisza zaczynała mi ciążyć. – Mam dość błąkania się po lesie.
– Wcale nie musisz za mną chodzić – mruknął chmurnie Ryan.
– Sam mi to zaproponowałeś.
Potrząsnął głową.
– Co dalej do niczego cię nie zobowiązuje – stwierdził, unikając mojego spojrzenia. – I tak nie chcesz mi niczego powiedzieć.
– Obraziłeś się z tego powodu? – rzuciłam z powątpiewaniem.
Nie nadążałam za nim. Był obcy, irytujący i doprowadzał mnie do szału, ale jak długo nie próbował mnie zabić, chyba było w porządku. Bo tak naprawdę nie dociera do mnie, że faktycznie mogłabym zginąć, uprzytomniłam sobie, a serce jak na zawołanie zabiło mi mocniej, jakby chciało wyrwać mi się z piersi.
– Żartujesz sobie? – Ryan rzucił mi niemalże urażone spojrzenie. – Próbuję się z tobą porozumieć. Sama zarzuciłaś mi brak zaufania, a jednak to ty prawie mnie znokautowałaś – zauważył, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. Z trudem powstrzymałam uśmiech, podejrzewając, że jego męska duma mogłaby tego nie znieść, niezależnie od moich intencji. Bo to przecież wcale nie tak, że chciałam się z niego zabijać! – A jednak ja przynajmniej zdradziłem ci swoje imię.
– Och, tyle mogę zrobić – stwierdziłam, wzruszając ramionami. – Jestem Amelia.
Brwi Ryana powędrowały ku górze. Przez moment wyglądał nie tylko na zaskoczonego, ale przede wszystkim sfrustrowanego. I to wystarczyło, żebym pojęła, że zdecydowanie nie tego się chciał ode mnie dowiedzieć.
– Super. To teraz bądź taka dobra i rusz się, Amelio – rzucił z wyraźną irytacją.
W tamtej chwili sama nie byłam pewna, dlaczego zachowywał się tak, jakby był na mnie zły. Nawet w sposobie, w jaki wypowiedział moje imię, było coś z przesadnej, wymuszonej uprzejmości. W zasadzie równie dobrze mógłby nazwać mnie kretynką, a wydźwięk byłby dokładnie taki sam.
Przez jakiś czas szliśmy dalej w milczeniu, ale to mi nie przeszkadzało. Miałam wrażenie, że w tamtej chwili oboje byliśmy na dobrej drodze, by rzucić się sobie do gardeł, a tego wolałam uniknąć.
– Prawie jesteśmy. O ile się nie mylę… – usłyszałam o wiele łagodniejszy, niemalże podekscytowany głos Ryana.
Zabrzmiał łagodniej niż wcześniej. Zaraz po tym przyśpieszył, co zaskoczyło mnie w równym stopniu, co i zmiana tonu. Popędziłam za nim, choć to okazało się trudne, bo zdążyłam wyziębić się na tyle, by poruszanie zaczęło być problematyczne.
Powiodłam wzrokiem dookoła. Miejsce, w którym nagle wylądowaliśmy, wyglądało na niewielką polanę. Kiedy przyjrzałam się uważniej, między drzewami dostrzegłam coś, co można było określić mianem dość szerokiej, leśnej drogi – wystarczająco dużej, by swobodnie poruszać się po niej samochodem.
Albo motorem, bo to właśnie ten pojazd Ryan jak gdyby nigdy nic wydobył z zarośli, po chwili stając przede mną i – uśmiechając się przy tym niewinnie – wymownie spoglądając na moją niepewną, przerażoną minę.
– I dopiero teraz pogadamy sobie o zaufaniu…
Nie planowałam takiej przerwy, ale różnie bywa. Zaczęłam pracę, październik właściwie gdzieś mi uciekł… Ale za to już zdążyłam przyzwyczaić się do rytmu na tyle, by takie niespodzianki nie pojawiły się w przyszłości. Mam nadzieję!
Tradycyjnie dziękuję za cierpliwość i komentarze. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, kolejny rozdział powinien przynieść kilka ciekawych informacji. ^^