środa, 16 stycznia 2019

Rozdział VI

Bezmyślnie wpatrywałam się w Ryana – i to tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać mi się przed oczami. Dopiero to otrzeźwiło mnie na tyle, by zamrugać i tym samym przekonać się, że mój towarzysz najwyraźniej sobie nie żartował. Wciąż opierał się o motor, wymownie spoglądając przy tym na mnie i wyraźnie zaczynając się niecierpliwić.
– Nie mamy całego dnia – przypomniał, a ja jęknęłam, nie będąc w stanie się powstrzymać.
– Czy ten dowcip ma jakąś puentę? – zapytałam wprost, być może niepotrzebnie, bo doczekałam się wyłącznie grymasu, który momentalnie wykrzywił rysy Ryana.
– Jak sobie chcesz – oznajmił obojętnym tonem. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, kiedy tak po prostu ustawił maszynę do pionu, by móc na nią wsiąść. – Dopiero co ustaliliśmy, że wcale nie musisz za mną chodzić. Jeśli wolisz poczekać tutaj, aż cię znajdą…
Mówił, choć w tym czasie mógłby odjechać przynajmniej ze trzy razy, nie dając mi choćby szansy na zmianę decyzji. Zacisnęłam usta, bezmyślnie spoglądając to na poirytowanego Ryana, to znów na motor, który w najmniejszym stopniu nie wzbudzał mojego zaufania. Wsiadanie na coś takiego, na dodatek w koszuli nocnej i bez kasku, brzmiało jak czyste szaleństwo, ale…
Możliwe, że Ryan mówił coś jeszcze. Wydawało mi się, że słyszałam jego głos, kiedy bezsensownie nawijał, próbując grać na zwłokę. Takie przynajmniej miałam wrażenie, gotowa przysiąc, że tak naprawdę wcale nie chciał mnie zostawiać, niezależnie od tego, czy faktycznie działałam mu na nerwy. To zresztą na dłuższą metę wydawało się sensowne, skoro zawdzięczałam mu życie. Co prawda nie sądziłam, by interweniując wziął za mnie odpowiedzialność, a tym bardziej tego nie oczekiwałam, ale sprawy przecież nie były aż takie proste. Jakby tego było mało, tak naprawdę nie miałam nikogo innego, nie wspominając o tym, że jedyną moją alternatywą pozostawała bezsensowna bieganina po lesie i dalsza ucieczka przed Poszukiwaczami.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo obcy był mi ten świat. To, co od roku powinno stanowić moją codzienność, pozostawało abstrakcją. Berenika może i zapewniła mi spokój, ale teraz aż nazbyt wyraźnie czułam konsekwencje tych kilkunastu miesięcy wytchnienia.
– Zamknij się i jedź – wymamrotałam, sama niepewna jakim cudem udało mi zachować spokój.
Ryan zamilkł wpół słowa, spoglądając na mnie dziwnie, kiedy – w zdecydowanie niezgrabny sposób – zajęłam miejsce za jego plecami. Uniósł brwi, po czym w końcu zamilkł, wydając zastanawiać się nad tym, czy jednak nie powinien kazać mi odejść.
– Och, no proszę… Księżniczka jednak się zdecydowała. – Wywrócił oczami. – Albo i nie. Wciąż czekam – dodał, tym samym wprawiając mnie w konsternację.
– Na co znowu? – obruszyłam się.
Westchnął przeciągle.
– Musisz mnie objąć – stwierdził takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Nie żałuj sobie. I trzymaj się, jasne? Nie jedziemy na wycieczkę.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta. Co ja robię?, jęknęłam w duchu, przez moment czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił mnie czymś ciężkim po głowie. Nie miałam problemu z tym, by dostosować się do polecenia, po chwili dosłownie wczepiając w plecy Ryana. Na moment zrobiło mi się cieplej, choć konieczność aż takiej bliskości z kimś, kogo praktycznie nie znałam, mimo wszystko okazała się krępująca. Dopiero kiedy zacisnęłam palce na ubraniu chłopaka, uprzytomniłam sobie, że przemarzłam. Zawahałam się, nagle mając wątpliwości co do tego, czy zdołam utrzymać się w czasie jazdy, ale nie było mi dane wyrazić jakichkolwiek wątpliwości.
– Gotowa?
Ryan nawet nie czekał na odpowiedź. Zesztywniałam, gdy bezceremonialnie ruszył, nie pozostawiając mi innego wyboru, jak tylko mocniej do niego przywrzeć i pod wpływem impulsu nie zrobić czegoś, czego przyszłoby pożałować nam oboje. Instynktownie podciągnęłam nogi i mocniej objęłam mojego towarzysza, nie chcąc się ześlizgnąć albo przypadkiem o coś zahaczyć. Żołądek jak na zawołanie podjechał mi aż do gardła, ale nie byłam pewna czy to strach, czy może całkowity brak kontroli, który poczułam, gdy nabraliśmy prędkości.
Dobry Boże, siedzę z obcym facetem na motorze. W lesie, uprzytomniłam sobie, choć może to ostatnie było zbyt dobitnym określeniem. Wydawało mi się, że gdzieś między drzewami dostrzegłam odcinającą się pośród gęstwiny, nieco nierówną, ale jednak pozbawioną przeszkód drogę, na którą w pośpiechu wyjechał Ryan, ale i tak podświadomie zaczęłam wyczekiwać momentu, w którym się z czymś zderzymy. Zamknęłam oczy, ale zanim się na to zdecydowałam, zdążyłam zobaczyć dość – uciekający w pośpiechu krajobraz, różnobarwne smugi i kształty, których nie potrafiłam rozróżnić. Może panikowałam, ale wiedząc do jakich prędkości potrafili rozpędzać się motocykliści, czułam się, jakbyśmy dosiadali śmierci na kółkach.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
Przez chwilę miałam ochotę histerycznie się roześmiać. Cóż za ironia. Przez cały pobyt w klasztorze nie udało mi odkryć w sobie jakich wyjątkowych pokładów wiary, a jednak gdy przyszło co do czego, to modlitwa okazała się czymś, co jako pierwsze przyszło mi na myśl.
Czułam się dziwnie z tym, że całkowicie straciłam kontrolę nad sytuacją. To Ryan podejmował decyzje, przynajmniej tymczasowo nie pozostawiając mi innego wyboru, jak tylko się do nich podporządkować. Zamknięte oczy jedynie potęgowały to wrażenie, stopniowo doprowadzając mnie do szału. Mimo wszystko nie miałam odwagi unieść powiek, całą sobą koncentrując się wyłącznie na sile, z jaka przytrzymywałam się Ryana. Chłód coraz bardziej dawał mi się we znaki, a skostniałe z zimna palce sprawiały, że miałam wrażenie, iż w każdej chwili mogłabym przedwcześnie poluzować uścisk. W tym wszystkim był jeszcze pęd, choć tak naprawdę sama nie byłam pewna czy ten ostatni bardziej mnie przerażał, czy może… na swój sposób zachwycał.
Na pewno nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego. Jazda samochodem w niczym nie przypominała pędzenia bez jakiejkolwiek osłony. Co prawda też potrzeba było zaufania do kierowcy, ale siedząc na którymś z foteli pasażera, nie miałam poczucia, że jeden nieostrożny ruch mógłby kosztować nas oboje życie. Tym razem było inaczej, a do mnie z całą mocą dotarło, że powierzyłam Ryanowi o wiele więcej, niż mogłabym sobie tego życzyć. Nie znałam go, unikałam odpowiedzi na jego pytania, a mimo wszystko byłam tutaj – kurczowo w niego wtulona i modląca się o to, byśmy nie skończyli jako owinięty wokół drzewa precelek.
Strach komplikował wszystko. Tym bardziej nie pojmowałam, dlaczego w tym wszystkim zdołałam doszukać się… swego rodzaju przyjemności, o ile to wszystko było możliwe. Jazda, zwłaszcza z zamkniętymi oczami, przez moment skojarzyła mi się ni mniej, ni więcej, ale z lotem. Gdybym mogła latać, to byłoby właśnie tak. Chłodne powietrze uderzało w nas oboje, szarpiąc moimi włosami i ubraniem, ale to działo się jakby poza mną. Spróbowałam skupić się przede wszystkim na bijącym od Ryana cieple i wrażeniu, że mogłabym się unosić – dość  ryzykownym i dziwnym, ale niezwykle kuszącym.
I to wystarczyło, bym jakimś cudem zdołała się rozluźnić, przynajmniej na dłuższą chwilę.
Nie miałam pewności, jak długo to trwało. Bałam się poruszyć, a tym bardziej poluzować uścisk, choć po dłuższym czasie trwania w jednej pozycji, mięśnie zaczęły protestować. Byłam świadoma wyłącznie świstu powietrza i huku, który wydawała pracująca maszyna. Jakby tego było mało, ten drugi – choć na swój sposób ogłuszający – okazał się zadziwiająco kojący. To wszystko takie było, harmonijne i niepasujące do chaosu, który panował w moim wnętrzu.
Ryan milczał, ale to uznałam za dobry znak. Skupiał się na drodze, co wydało mi się właściwe, zwłaszcza że chyba zabiłabym go, gdyby nagle zdecydował się zrobić coś głupiego. Nie widziałam niczego, również licznika prędkości, ale podejrzewałam, że tak było lepiej. Niektórych rzeczy zdecydowanie wolałam nie wiedzieć, choć zarazem czułam, że chcąc nie chcąc będę musiała się z nimi zmierzyć. Zbyt długo uciekałam przed nowymi realiami tego świata, więc teraz miałam za swoje – wylądowałam w samym środku szaleństwa, na dodatek z kimś, kto… cóż, był dla mnie obcy.
– Amelio?
Nie od razu uprzytomniłam sobie, że ktoś wypowiedział moje imię. Głos Ryana mnie zaskoczył, tak jak i to, że zabrzmiał o wiele łagodniej niż do tej pory. Nie miałam pojęcia, jak w ogóle do tego doszło, ale nie zarejestrowałam momentu, w którym towarzyszący nam do tej pory dźwięk motocykla zamilkł. Już się nie poruszaliśmy, a jednak wciąż tkwiłam w bezruchu, mocno zaciskając powieki i nie ufając sobie na tyle, by ruszyć się choć o milimetr.
Zareagowałam dopiero w chwili, w której Ryan powtórzył moje imię – bardziej stanowczym, naglącym tonem. Nagle wyprostowałam się niczym struna, w końcu otwierając oczy i z w oszołomieniu spoglądając na twarz odwróconego w moją stronę, nienaturalnie bladego mężczyzny. Jasne włosy miał w jeszcze większym nieładzie niż do tej pory, poza tym patrzył się na mnie tak dziwnie…
– Gdzie…? – zaczęłam, a przynajmniej miałam zamiar coś powiedzieć, jednak wyszedł mi z tego niezrozumiały skrzek.
– Zaraz zobaczysz. – Ryan wciąż nie odrywał ode mnie wzroku. Lekko zmarszczył brwi. – Możesz mnie już puścić.
Uprzytomniłam sobie, że w istocie nadal obejmowałam go ramionami, na dodatek wystarczająco mocno, że chyba jedynie cudem nie połamałam mu żeber. Natychmiast spróbowałam poluzować uścisk, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłabym podejrzewać. Czułam się prawie jak we śnie, nie wspominając o tym, że kiedy przyszło co do czego, okazało się, że dłonie niekoniecznie chcąc ze mną współpracować. Mięśnie pulsowały bólem od ciągłego napięcia, ale to działo się jakby poza mną – odległe i pozbawione znaczenia.
– Przepraszam – mruknęłam, gdy tylko udało mi się poluzować uścisk.
Zwiesiłam ramiona, nagle bezradna i dziwnie zagubiona. Gdy tylko odsunęłam się od Ryana, powrócił dający mi się we znaki chłód, choć i ten wydawał się przytłumiony. Wszystko takie było, przez co czułam się jak we śnie. Wrażenie to jedynie pogłębiło się, gdy w końcu dotknęłam stopami ziemi, decydując się podnieść. Skończyło się jedynie na próbach, a ja odkryłam, że nogi miałam niemalże jak z waty, wciąż mając wrażenie, że jeden ruch wystarczyłby, żebym straciła równowagę.
To szok. Ewentualnie całkiem już zwariowałam, ale…
– Wszystko gra? – rzucił z powątpiewaniem Ryan. Jego głos wciąż wydawał mi się dziwny, może przez pobrzmiewającą w nim troskę. Nie pasowała mi do niego, zwłaszcza po wcześniejszych wątpliwościach. – Mogę ci pomóc, jeśli…
– Obejdzie się – oznajmiłam z uporem.
Musiałam wziąć się w garść. Raz jeszcze spróbowałam się podnieść i tym razem mi to wyszło, choć utrzymanie się w pionie okazało się zadziwiająco trudnym wyzwaniem. Dopiero w tamtej chwili – z daleka od lasu, w całkowicie obcym miejscu – w pełni dotarło do mnie, co się wydarzyło. Nie miałam pojęcia, gdzie się znajdowaliśmy, świadoma wyłącznie tego, że już nie otaczały nas drzewa. To były budynki, ale tylko tyle potrafiłam stwierdzić, po prostu bezmyślnie przesuwając wzrokiem po obcych kształtach.
Tak czy siak, z daleka od niebezpieczeństwa, w końcu dotarło do mnie, że wszystko było nie tak. Gwałtowna pobudka, bieg przez podziemia, a później spotkanie z Poszukiwaczami… To przypominało sen – koszmar na jawie – z którego nie potrafiłam się obudzić.
O mój Boże…
Na drżących nogach odsunęłam się od motoru. Czułam przenikliwe spojrzenie Ryana, ale ignorowałam go, tak jak i to, że z powątpiewaniem wyciągnął ku mnie rękę. Skrzyżowałam ramiona na piersiach, po czym – wciąż drżąc jak osika i to nie tylko przez wzgląd na temperaturę – raz jeszcze powiodłam wzrokiem dookoła. Oddychałam szybko i płytko, początkowo zaskoczona tym, że mój oddech zamieniał się w parę.
– Amelio, do cholery… – jęknął Ryan i zauważyłam, że przesunął się, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę, ale to na nic się zdało. Co prawda patrzyłam na niego, ale nie potrafiłam się na nim skoncentrować. – Słuchasz mnie?
– No jasne…
Tyle że to nie była prawda.
A potem – wciąż bezmyślnie wpatrując się w Ryana – zachwiałam się, kiedy nogi ostatecznie odmówiły mi posłuszeństwa. Stalowoszare tęczówki były ostatnim, co udało mi się zapamiętać.

Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem było mi dane widzieć ten dom. Bez pośpiechu kroczę znajomym korytarzem, kierując się ku schodom. Poruszam się powoli, z pewnością, która zdecydowanie nie należy do mnie. W zasadzie ciało porusza się samo, niezależne od woli, co uświadamia mi, że jestem wyłącznie biernym obserwatorem.
Nie chcę tutaj być. Uświadamiam to sobie nagle i ta myśl skutecznie wytrąca mnie z równowagi. Nagle po prostu wiem, że śnię, a może raczej mam nadzieję, że to nie jest jakaś chora kara od losu. Ten dom jest ostatnim miejscem, w którym chciałabym się znaleźć. Już rok wcześniej, gdy opuszczałam go w panice, wiedziałam, że nic nie zmusi mnie do ponownego przekroczenia progu.
Najwyraźniej moja podświadomość wie lepiej.
W myślach zaciskam dłonie w pięści, choć ciało naturalnie nie reaguje. Wciąż idę, poruszając się przy tym z lekkością kogoś, kto nie ma pojęcia, co ma się wydarzyć za chwilę. A przecież nie mam wątpliwości, który dzień właśnie po raz wtóry rozgrywa się na moich oczach. Ciemność za oknem jedynie utwierdza mnie w tym przekonaniu, choć na pierwszy rzut oka nie musi znaczyć niczego.
Naprawdę nie chcę tutaj być…
Moje pragnienia nie mają znaczenia. Czuję to całą sobą, z rozczarowaniem odkrywając, że świadomość snu nie sprawia, że jestem w stanie nad nim zapanować. Zabawne, bo czy to nie tak powinno działać? Gdyby to było takie proste, jedno życzenie wystarczyłoby, żebym się obudziła – a jednak mimo konkretnych pragnień nie dzieje się nic. Wciąż tu jestem, zdolna co najwyżej wyobrażać sobie ból wbijających się w skórę paznokci, w nadziei na to, że to zdoła mnie otrzeźwić.
Nic z tego.
Nie pojmuję własnego spokoju. „Ja” ze snu jest spokojna i rozluźniona, cudownie nieświadoma, choć to nie powinno mieć miejsca. To w końcu mój sen. Miotam się, w gruncie rzeczy pragnąć już tylko krzyczeć, ale…
Och, jakież to ironiczne.
Chcę zamknąć oczy, ale i to nie jest mi dane. Pozostaje mi więc towarzyszyć dawnej sobie, kiedy tak schodzi po schodach, kierując się do salonu. Do samego końca jeszcze wierzę, że może coś pomyliłam, ale szybko utwierdzam się w przekonaniu, że może coś pomyliłam i śnię o czymś zupełnie innym, ale przecież wiem, jaka jest prawda. Wyparcie niczego nie ułatwia, chociaż wciąż próbuję.
– Och, Amelio! – słyszę głos mamy, chociaż nie mam okazji go zobaczyć.
Przez moment jestem bliska tego, by się uśmiechnąć. Więc pamiętam! Pamiętam chociaż to… Podobno w pierwszej kolejności odchodzi właśnie głos – zapomina się jego brzmienie i to jest niczym początek końca. To, że jestem w stanie odtworzyć te słowa z taką łatwością, na dodatek tak, by nie brzmiały jak zapisany na papierze beznamiętny dialog, wydaje mi się pocieszające.
Sęk w tym, że nic innego takie nie jest. Protestuję i miotam się jeszcze bardziej, zdecydowanie nie zamierzając brać udziału w tym, co dzieje się później. Nie chcę tego! Wciąż walczę, w gruncie rzeczy pragnąć już tylko osunąć na kolana, zakryć uszy dłońmi i zacząć coś nucić – cokolwiek, byleby ominąć kolejne wydarzenia. Jak film, którego straszne sceny można obejrzeć przez palce albo całkiem pominąć.
Przez moment mi się to udaje. Rutyna, którą pamiętam, zaciera się i mam wrażenie, że przy odrobinie szczęścia mogłabym się obudzić. Chcę to zrobić, jednak i to pragnienie ginie, wyparte przez coś zupełnie innego. Czuję się, jakbym nagle pominęła jakąś istotną scenę, choć zdecydowanie nie w taki sposób, w jaki mogłabym tego oczekiwać.
Nie widzę już niczego, ale słyszę. Krzyk mnie ogłusza i wtedy również krzyczę, wtórując dawnej sobie. W jednej chwili już nie jestem pewna, co jest prawdziwe, a co rozgrywa się tylko w mojej głowie.
Gdy w końcu zapada martwa cisza, mogę już tylko kulić się i płakać, choć wiem, że to nie zmieni niczego.

Ocknęłam się nagle, gwałtownie podrywając do pionu. Instynktownie przycisnęłam obie dłonie do ust, chcąc powstrzymać się od krzyku, którego wspomnienie wciąż rozbrzmiewało echem w moim umyśle. Ostatecznie wyrwał mi się jedynie zdławiony jęk, ale i tak zamarłam w bezruchu, niemalże spodziewając się odkryć, że wciąż tkwiłam w samym środku niechcianego snu.
Serce tłukło mi się w piersi, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz. Mętlik w głowie wciąż dawał we znaki, skutecznie doprowadzając do szału. Powiodłam wzrokiem dookoła, początkowo pewna, że właśnie siedziałam na łóżku w klasztorze. Wciąż przyciskając jedną dłoń do ust, drugą pogładziłam okrywającą mnie pościel. Zdecydowanie nie byłam w lesie, a skoro tak…
Z tym, że sypialnia, w której się obudziłam, była obca. Ze świstem wypuściłam powietrze, bezskutecznie próbując uporządkować w głowie to, co działo się wokół mnie. Wspomnienie snu zaczęło blaknąc, co przyjęłam z ulgą, z dwojga złego woląc się mierzyć z innymi obrazami – tym z lasu, jazdą na motorze i Ryanem. To wszystko musiało być prawdziwe, choć z mojej perspektywy wciąż jawiło się jako jakiś szalony sen.
Pochyliłam się do przodu, próbując wyrównać oddech. Czułam się, jakbym mogła w każdej chwili mogła zwymiotować, choć tak naprawdę nie miałam czym. Otarłam twarz, przy okazji ścierając z policzków wilgoć, choć nie potrafiłam stwierdzić czy to pot, czy może jednak łzy. To i tak nie było ważne, zwłaszcza że zdecydowanie nie zamierzałam się mazać.
W którymś momencie straciłam przytomność, tylko tyle. Nie miałam pewności jakim cudem do tego doszło, ale czy to było ważne? Liczyło się, że pamiętałam Ryana i to, że ten zabrał nas w jakieś bezpieczne miejsce. W to przynajmniej próbowałam wierzyć, choć jakaś cząstka mnie wciąż protestowała, przypominając mi, że zaufanie przypadkowej osobie nie było najlepszym pomysłem.
– Weź się w garść – wymamrotałam, próbując przekonać samą siebie, że to faktycznie zależało wyłącznie od mojej woli. Przecież nie działo się nic wartego uwagi, prawda? W końcu ucieczka przed Poszukiwaczami powinna stać się dla mnie absolutnie normalną codziennością… – Weź… się w garść… – powtórzyłam o wiele mniej pewnie.
Gdyby to jeszcze było takie proste! Może gdybym przestała się czuć jak ktoś, kogo z całej siły zdzielono po głowie, miałabym szansę odzyskać kontrolę. Albo gdybym cokolwiek rozumiała, ale w obecnej sytuacji…
To kroki wyrwały mnie z zamyślenia. Zesztywniałam, gdy dotarło do mnie, że nie byłam sama. Początkowo uznałam to za wrażenie, ale po chwili wyraźnie usłyszałam, że ktoś przechadzał się po drugiej stronie drzwi. Jakby tego było mało, intruz jak nic zmierzał w moją stronę.
– Daj spokój. Mówię ci, że nic jej nie będzie – usłyszałam i przez moment byłam bliska tego, by kamień jednak spadł mi z serca. Znałam ten głos.
– Mhm, mhm… – padło w odpowiedzi. – Palant z ciebie, Ray.
Zamarłam w bezruchu, nerwowo zaciskając dłonie na pościeli. Drugi głos słyszałam po raz pierwszy, na dodatek należał do kobiety. To skutecznie wytrąciło mnie z równowagi, choć sama nie byłam pewna dlaczego. Skoro tutaj byłam, musiałam przyznać przed samą sobą, że zaufałam Ryanowi, ale gdy w grę zaczęła wchodzić perspektywa poznania kogoś jeszcze…
Nie miało dla mnie znaczenia, kim była ta dziewczyna. Liczyło się, że momentalnie poczułam się zagrożona, jakimś cudem znajdując w sobie dość siły, by poderwać się na równe nogi. W pierwszym odruchu zachwiałam się, ale tym razem nie zamierzałam dopuścić do kolejnego zasłabnięcia.
Wciąż napinając mięśnie, zacisnęłam dłonie w pięści i zwróciłam się ku drzwi. Zanim zdążyłam się zastanowić, te otworzyły się, a potem ktoś wszedł do pokoju.
Nareszcie udało mi się przysiąść do tego rozdziału! Miałam nadzieję, że uda mi się naskrobać coś na koniec roku, ale zgubiłam się w nockach i planach na to opowiadanie. Sam rozdział wygląda zupełnie inaczej niż planowałam, ale tak jest lepiej, bo w końcu wszystko zaczęło mi się układać.
Z wielkim dziękuję dla tych, którzy są. I to zasadniczo tyle z mojej strony, bo aktualnie wolę już niczego nie obiecywać. Może poza tym, że rozdziały jak zawsze będą się pojawiać – prędzej lub później. :3 Mocno spóźnione, ale wszystkiego dobrego w nowym roku, kochani!