sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdział III

Podążanie przed siebie było monotonne. Szłam szybko, raz po raz oglądając się przez ramię i nasłuchując. Podświadomie spodziewałam się najgorszego, ale towarzyszyła mi wyłącznie cisza – przenikliwa i zdradziecka, o czym już zdążyłam się przekonać. Co z tego, że powinnam być w stanie bez przeszkód wychwycić potencjalne zagrożenie, skoro również przeciwnik równie łatwo mógł usłyszeć mnie?
Myślenie w ten sposób wydawało się abstrakcyjne i przerażające zarazem. Czułam się dziwnie, porażona tokiem własnego rozumowania. Planowałam, bo chciałam przeżyć, a to zdecydowanie nie było normalne. Sam fakt tego, że musiałam uciekać, wydawał się po prostu nierzeczywisty, to jednak mogłabym jeszcze zaakceptować. Inaczej sprawy miały się ze swego rodzaju instynktem przetrwania, który nakazywał mi wziąć pod uwagę o wiele więcej czynników, niż byłam przyzwyczajona. Zważałam na każdy ruch, dźwięk czy kształt, z wyprzedzeniem wypatrując  w nim zagrożenia i zastanawiając się nad tym, co zrobiłabym, gdybym jednak została zmuszona do obrony.
Możliwe, że ludzie faktycznie bywali bardziej skomplikowani, niż mogłoby się wydawać. Kiedy w grę wchodziło przetrwanie, wszystko wydawało się inne. Sposób, w jaki działały zmysły na pewno, a przynajmniej ja zaczęłam odbierać poszczególne bodźce w łatwiejszy, bardziej wyrazisty sposób niż do tej pory. Być może to cisza sprawiała, że nawet najdelikatniejszy szelest brzmiał nienaturalnie głośno, a ja wzdrygałam się i natychmiast zamierałam, oczekując najgorszego, ale to akurat wydawało się najmniej ważne.
Czy gdybym musiała, byłabym w stanie zrobić coś więcej, niż tylko uciekać? To pytanie mnie prześladowało, tak jak i paraliżując strach, który towarzyszył mi jeszcze w tunelu, kiedy uprzytomniłam sobie, że byłam sama. Na samą myśl machinalnie przycisnęłam dłoń do ust, jakbym chciała powstrzymać krzyk. Oczywiście nie miałam powodu, by choćby jęknąć, ale zbyt mocno przerażało mnie to, co mogłoby się wydarzyć, gdyby jednak poniosły mnie emocje. Gdyby intruz mnie nie puścił, a oddzielająca nas krata nie umożliwiła mi ucieczki…
Nie chciałam o tym myśleć.
A jednak chcąc nie chcąc to robiłam, w pewnym momencie uciekając pamięcią do wydarzeń sprzed roku, kiedy to wszystko się zaczęło. Pamiętałam swój własny krzyk, zamieszanie i to, co odkryłam, kiedy już zapanowała cisza – równie martwa, co wszystko i wszyscy wokół. Tyle że skąd mogłabym wiedzieć? Gdybym rozumiała, mogłabym spróbować coś zmienić, a jednak…
Jakby to miał teraz jakiekolwiek znaczenie.
Wzdrygnęłam się, po czym ruszyłam dalej, stanowczo odsuwając od siebie niechciane myśli. Tak, to była ucieczka – i to nie tyle przed ewentualnym zagrożeniem, ale przede wszystkim samą sobą – jednak nie potrafiłam się tym przejąć. Zresztą uciekanie do przeszłości niczego nie zmieniało, a zwłaszcza w tej sytuacji mogło okazać się zgubne.
Spokój wciąż wydawał mi się nienaturalny, ale już nie próbowałam tego roztrząsać. W pośpiechu stawiałam kolejne kroki, próbując stąpać jak najostrożniej, by nie zrobić niepotrzebnego hałasu. Nie biegłam, stawiając na szybki i o wiele mniej męczący marsz. Już i tak byłam zmęczona, a niepotrzebne tracenie energii byłoby najgłupszą z możliwych do podjęcia decyzji. Gdybym faktycznie nagle musiała uciekać, nawet dobrze osłonięty, zalesiony teren by mi nie pomógł.
Wiedziałam o tym wszystkim, z wolna przypominając sobie zasady, którymi kierowałam się, gdy po raz pierwszy zostałam zmuszona do ucieczki. Wtedy też właściwie nie wiedziałam, co robię, postępując w sposób, który wydawał mi się najbardziej sensowny. Miałam wrażenie, że pewne rzeczy po prostu się wiedziało – czy to z obserwacji, czy to znów książek albo filmów. Prawdziwy problem pojawiał się w sytuacji, w której należało tę wiedzę wykorzystać i przekonać się, ile tak naprawdę była warta.
Jeszcze istotniejsze bywały momenty, w których sytuacja naprawdę wymagała działania – a jednak w zamian pojawiał się wyłącznie paraliżujący strach.
Tak stało się w chwili, w którym usłyszałam kroki. Początkowo znów pomyślałam, że to wytwór mojej wyobraźni, ale i tak przystanęłam, nasłuchując i spodziewając się, że po raz kolejny odkryję, że o po prostu wywołane zmęczeniem złudzenie.
A potem już tylko stałam, coraz bardziej spanikowana i pobudzona dokładnie jak w klasztorze, kiedy Berenika wparowała do mojego pokoju, gwałtownie mnie budząc.
O cholera. O jasna cholera…
Powiodłam wzrokiem dookoła, jakby spodziewała się gdzieś znaleźć jakąkolwiek wskazówkę. Kręciłam się w kółko jak skończona idiotka, świadoma wyłącznie zbliżających się, coraz szybszych kroków. Natychmiast napięłam mięśnie, gotowa rzucić się do natychmiastowej ucieczki, ale nogi miałam jak z waty. Zresztą co miałam zrobić? Nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić, skąd nadchodzili intruzi, a tym bardziej ilu ich było. Nie wiedziałam nic tego, a nerwy i to, że w pewnym momencie doszły mnie co prawda wciąż odległe, ale jednak już słyszalne fragmenty rozmów, w niczym nie pomogło.
Chwilę jeszcze walczyłam ze sobą i narastającą paniką. Z trudem przymusiłam się do ruchu, chociaż już wtedy wiedziałam, że bieg byłby najgorszym, na co mogłabym się zdecydować. Dla pewności nabrałam powietrza do płuc, dopiero po chwili orientując się, do czego tak naprawdę się przygotowywałam. Odważyłabym się…? Nie miałam pojęcia i tak naprawdę wcale nie chciałam poznać odpowiedzi na to pytanie.
Gdybym musiała…
Odwróciłam się gwałtownie, podejmując decyzję właściwie bez głębszego zastanowienia. Drżąc i poruszając się trochę jak w transie, dopadłam do najbliższego drzewa, próbując dosięgnąć jednej z niżej położonych gałęzi. Po wydostaniu się z podziemi kolejna spinaczka nie sprawiła mi żadnego problemu, nawet przy protestujących ze zmęczenia mięśniach. W pośpiechu podciągnęłam się i – starając się utrzymać równowagę – spróbowałam wejść jeszcze wyżej, w nadziei na to, że liściasta korona okaże się wystarczająco gęsta, by mnie osłonić.
Jeśli przejdą pod drzewem i spojrzą w górę, wtedy…, pomyślałam w oszołomieniu, ale nie pozwoliłam sobie na to, żeby dokończyć. W zamian niczym mantrę zaczęłam powtarzać, że wszystko będzie w porządku. Nie żeby to miało szansę zadziałać, ale wszystko wydawało się lepsze od analizowania najgorszych scenariuszy.
Głosy stały się bardziej wyraźne, zresztą tak jak i kroki. Uniosłam brwi, kiedy moich uszu dobiegła cała wiązanka przekleństw. To bez wątpienia był mężczyzna, na dodatek wyraźne rozeźlony i nieprzebierający w słowach. Zaintrygowana, mocniej chwyciłam się gałęzi, próbując ignorować fakt, że dłonie zaczynały mi się pocić ze zdenerwowania. Czułam, że ubranie zaczynała kleić mi się do ciała, ale to była zaledwie mała niedogodność.
Jasna cholera, sama nie byłam pewna, co gorsze – moje położenie czy ewentualna reakcja facetów, którym nagle na głowy spadłaby niewiasta w koszuli nocnej.
– Weź ty się już zamknij, co? – obruszył się ktoś i to okazało się najbardziej sensowną, zrozumiałą dla mnie wypowiedzią.
Wzdrygnęłam się, wręcz zaskoczona tym, z jak bliska doszedł mnie głos. Brzmiał na znudzony, poza tym również należał do mężczyzny. Z niejaką obawą spojrzałam w dół i serce dosłownie podjechało mi pod głową, gdy w zasięgu wzroku jednak znalazły się jakieś postacie.
Jeszcze bardziej przerażona poczułam się, gdy dotarło do mnie, z kim miałam do czynienia.
Życie w klasztorze miało to do siebie, że prócz monotonii, pozwalało bardzo łatwo odciąć się od zewnętrznego świata, nie znaczyło to jednak, że byłam całkowicie odcięta od informacji. W gruncie rzeczy przez rok zmieniło się wystarczająco, by ktokolwiek mógł sobie pozwolić na ignorancję. Wiedziałam o Obdarzeniu i tym, że nie tylko ja odkryłam w sobie coś, co zdecydowanie nie było normalne. Aż za dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, jak wielkie poruszenie wywołali tacy jak ja, a tym bardziej że ludzie bardzo szybko zaczęli walczyć z tym, czego nie rozumieli.
Tak więc w oczywisty sposób słyszałam również o Poszukiwaczach, choć niektórzy woleli nazywać ich po prostu łowcami. Co prawda o samej organizacji wiedziałam naprawdę niewiele, ale podstawową zasadę znałam na pewno: jeśli było się Obdarzonym, należało uciekać tak szybko, jak tylko to możliwe. Mogłam tylko zgadywać, jaki tak naprawdę mieli cel w wyłapywaniu tych, u których pojawiły się dary, ale nie chciałam tego osobiście sprawdzać.
Podejrzewałam za to, że Berenika aż za dobrze zdawała sobie sprawę ze sposobu, w jaki działali, choć nigdy wprost mi o tym nie powiedziała. Ja z kolei nie zadawałam pytań, próbując udawać, że to nieistotne, choć teraz niewiedza równie dobrze mogła mnie zgubić. Nie zmieniało to jednak faktu, że to, że ciotka w ogóle kazała mi uciekać, samo w sobie było dość wymowne.
Wszelakie myśli uleciały z mojej głowy w chwili, w której skupiłam się na przechodzących mężczyznach. Zdołałam dostrzec trzech, wszystkich ubranych na czarno i w dokładnie ten sam sposób. Mieli na sobie coś, co skojarzyło mi się z mundurami albo strojami bojowymi, choć tkwiąc na drzewie nie byłam w stanie tego jednoznacznie stwierdzić. Liczyło się przede wszystkim to, że zdecydowanie nie wyglądali jak turyści na spacerze, którym znudziło się miejsce życie i stwierdzili, ze dobrze byłoby się zrelaksować w głuszy.
Ktoś znów zaklął, tym samym sprawiając, że któryś z jego towarzyszy westchnął z irytacją.
– Doprawdy… Nie znasz innych słów? – zapytał, ale doczekał się wyłącznie kolejnego niecenzuralnego słowa.
– Skończę, kiedy w końcu będziemy mogli sobie pójść – oznajmił, nie kryjąc irytacji. – Kurwa, jest piąta rany, a my łazimy po lesie.
– Wrócimy, kiedy ja o tym zadecyduje.
Odpowiedział mu jedynie sfrustrowany jęk. Zamarłam w bezruchu, wstrzymując oddech i modląc się o to, by żadnemu z mężczyzn nie przyszło do głowy, żeby spojrzeć w górę. Chciałam, żeby odeszli, zamiast na wszystkie możliwe miejsca ucinać sobie pogawędki akurat pod drzewem, na którym zdecydowałam się schować. To mi nie pomagało, zresztą jak i wrażenie, że mój przyśpieszony puls był na tyle szybki i głośny, by ktoś prócz mnie mógł go usłyszeć.
– Rany, nieźle cię wzięło – wtrącił trzeci, dotychczas milczący mężczyzna. – Daj spokój, Will. Może faktycznie go tutaj nie ma, więc…
– Idziemy dalej – uciął ze stoickim spokojem Will.
Jego głos zabrzmiał spokojnie, ale wystarczająco pewnie, by uciąć jakiekolwiek dyskusje. Najwyraźniej on tutaj rządził, co zresztą wydało mi się sensowne. Przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie kogoś wystarczająco charyzmatycznego, żeby zapewnić sobie posłuch. Tyle przynajmniej wywnioskowałam zarówno z jego tonu, jak również tego, że po jego słowach momentalnie zapanowała cisza.
Przez moment poczułam ulgę, widząc jak mężczyźni zaczynają się oddalać. Został tylko jeden, co mnie zaniepokoiło, zwłaszcza że wciąż tkwił bezpośrednio po drzewem, w milczeniu wodząc wzrokiem dookoła. Gdyby przyszło mu do głowy, by spojrzeć w górę…
– Patrick? – odezwał się ponownie Will, tym razem wyraźnie zaczynając tracić cierpliwość.
– Daj przynajmniej odpocząć – żachnął się. Rozpoznałam jego głos, ale i tak dobrze było się przekonać, że potrafił coś więcej, niż tylko rzucać kolejnymi przekleństwami. – Dogonię was.
Momentalnie zrobiło mi się gorąco. Tutaj? Serio tutaj?!, jęknęłam w duchu, przez moment mając ochotę zejść i porządnie facetem potrząsnąć. Dostałeś rozkaz, więc idź. Idź, do cholery, bo…
– Rób co chcesz.
Mniej więcej wtedy całkowicie zmieniłam pogląd o rzekomej charyzmie Willa. W zamian jemu również zapragnęłam przyłożyć, choć tak naprawdę wcale nie dziwiło mnie to, że mógłby chcieć pozbyć się Patricka. Z obawą raz po raz spoglądałam w dół, próbując zbyt ostentacyjnie nie wpatrywać się w stojącego pod drzewem mężczyznę, zbytnio zaniepokojona perspektywą ściągnięcia na siebie jego spojrzenia. Słyszałam, że Will i jego towarzysz odeszli, oddalając się co prawda na tyle szybko, bym poczuła się spokojniejsza, ale wciąż nie na tyle, żebym zdołała się rozluźniła.
Uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, coraz bardziej spanikowana. Możliwe, że gdybym musiała, poradziłabym sobie z jednym przeciwnikiem. Co prawda to brzmiało jak misja samobójcza, bo jeśli faktycznie miałam do czynienia z Poszukiwaczem, facet najpewniej był przygotowany na atak z zaskoczenia, ale jaki tak naprawdę miałam wybór? Idź stąd, po prostu stąd idź, modliłam się w duchu, ale kolejne sekundy mijały i nic nie wskazywało na to, bym miała zostać sama.
Usłyszałam trzaśnięcie, w którym dopiero po chwili rozpoznałam dźwięk charakterystyczny dla odpalanej zapalniczki. Patrick jakby od niechcenia oparł się o drzewo, by móc zapalić papierosa. Powietrze jak na zawołanie wypełniły opary dymu, które poczułam nawet na górze, zwłaszcza że z wolna zaczęły się unosić. Nie paliłam, a z palaczami miałam do czynienia tak rzadko, że zignorowanie tego smrodu było dla mnie czymś niewykonalnym. Skrzywiłam się, z trudem podtrzymując od chwycenia za gardło albo odchrząknięcia, choć instynktownie miałam ochotę to zrobić. Sęk w tym, że nie ściągnęłabym w ten sposób na siebie niczego dobrego.
Patrick nie śpieszył się, jakby od niechcenia zaciągając dymem. Przynajmniej łatwiej było mi go obserwować, choć papierosowy dym raz po raz mnie rozpraszał. Tkwiłam w bezruchu, zesztywniała i świadoma coraz bardziej obolałych mięśni. Trwanie w jednej pozycji zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, ale bałam się poruszyć, woląc nie ryzykować, że jednak mogłabym ściągnąć na siebie uwagę stojącego tuż pod drzewem mężczyzny.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność zanim ten w końcu się wyprostował. Rzucił peta na ziemię i przydepnąwszy go butem, w końcu zaczął zbierać się do odejścia. Niemalże odetchnęłam z ulgą, ale zmusiłam się do zachowaniu spokoju, widząc jak Patrick z uwagą rozgląda się dookoła. Cisza dzwoniła mi w uszach dając we znaki równie mocno, co i pulsowanie krwi. Przez moment niemalże spodziewałam się tego, że mężczyzna coś zauważył i za moment na mnie spojrzy, a jednak…
O. Mój. Boże.
Niewiele brakowało, żebym spadła z drzewa. W zamian zastygłam w bezruchu, wpatrując w miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał Patrick. Wsłuchiwałam się w oddalające się, powoli cichnące kroki, wciąż nie dopuszczając do siebie myśli o tym, co właśnie się wydarzyło. Choć zostałam sama, wciąż tkwiłam na tej cholernej gałęzi, gotowa przysiąc, że coś pomyliłam – że to pułapka albo że mężczyzna za moment wróci.
Cała się trzęsłam, kiedy w końcu zmusiłam się do ruchu. Ześlizgnęłam się na ziemię, mimowolnie wzdrygając w chwili, w której wylądowałam w kucki. Wysokość była wyższa niż zakładałam, przez co skok odczułam niemalże w całym ciele. Potrzebowałam dłuższej chwili, by w końcu nad sobą zapanować i – wyprostowawszy się z trudem – ruszyć w kierunku przeciwnym niż ten, w którym oddalili się Poszukiwacze.
Początkowo po prostu szłam, próbując utrzymać równe tempo i robić jak najmniej hałasu. Dopiero potem panika dała o sobie znać, a ja na oślep rzuciłam się do biegu, obojętna na to, że raz po raz potykałam się o własne nogi. Oddychałam spazmatycznie, roztrzęsiona tak bardzo, że ledwo mogłam utrzymać się w pionie. A jednak mimo to biegłam, na dodatek tak szybko jak nigdy wcześniej, nie wyobrażając sobie, że mogłabym się zatrzymać.
Już wcześniej wiedziałam, że przed czymś uciekam, ale dopiero wtedy dotarło do mnie, jak poważna była sytuacja. Zagrożenie okazało się prawdziwe, nagle stając czymś więcej, aniżeli zwykłym wyobrażeniem. Nie byłam w tym lesie sama i choć wciąż nie rozumiałam, czego ci mężczyźni mogliby tutaj szukać, wiedziałam, że nie chciałam więcej się z nimi spotykać.
Nie ma go tu…
Kogo? Z rozmowy, którą usłyszałam, wynikało, że musiało chodzić o faceta, ale wcale nie czułam się tym faktem uspokojona. Jeśli to faktycznie byli Poszukiwacze, wciąż miałam poważny problem, nawet jeśli faktycznie nie chodziło im o mnie. Z drugiej strony, co mieliby rozbić akurat tutaj? Jakoś nie miałam wątpliwości, że to przez nich Berenika kazała mi uciekać. Jaka była szansa, by zupełnym przypadkiem wpadli do klasztoru, w którym od roku próbowałam się ukrywać? Inna sprawa, że nie miałam żadnego sensownego wyjaśnienia na to, co robiłam w samym środku lasu, na dodatek ubrana w taki a nie inny sposób. Nie miałam szans na to, by nie ściągnąć na siebie czyjejkolwiek uwagi, zwłaszcza z naciskiem na ludzi, którzy jak nic byli nauczeni wypatrywania wszystkich niecodziennych zjawisk.
Biegłam na oślep, w gruncie rzeczy nie mając żadnego konkretnego celu. Uświadomiłam sobie, że podążałam mniej więcej w kierunku, z którego przybyli mężczyźni. Miałam szansę dotrzeć tędy do drogi, choć to wcale nie było takie oczywiste. Co więcej, jeśli faktycznie przeszukiwali las i być może było ich więcej…
Nie zarejestrowałam momentu, w którym ktokolwiek znalazł się tuż za mną. W jednej chwili biegłam, a w następnej jak długo wylądowałam na ziemi, przygnieciona ciężarem cudzego ciała. Na moment aż zabrakło mi tchu i chyba tylko to powstrzymało mnie od krzyku. Spróbowałam zaczerpnąć powietrza, ale obecność intruza skutecznie mnie przed tym powstrzymywała, zresztą jak i przed dalszą ucieczką.
Spanikowana, natychmiast spróbowałam się wyszarpnąć. Starałam się zrzucić z siebie przeciwnika, ale moje działania okazały się całkowicie bezsensowne. Doczekałam się wyłącznie nieco nerwowego śmiechu, który na dodatek usłyszałam tuż przy uchu. Jednocześnie poczułam jakże charakterystyczny, znajomy mi już swąd papierosów, który mógł oznaczać tylko jedno.
– Ha, tak podejrzewałem. – Patrick znów się zaśmiał, bardziej stanowczo chwytając mnie w pasie. – To on cię przysłał? Teraz chowa się za laskami czy jak?
Miałam ochotę zapytać kim, do diaska, jest „on”, ale nie zdołam wykrztusić z siebie nawet słowa. Zanim zdążyłam się zastanowić, mężczyzna bezceremonialnie przewrócił mnie na plecy, nachylają się tuż nade mną. Dopiero wtedy zdołałam zauważyć, że nie tylko był wysoki, ale też postawny, czego ze swojej pozycji na drzewie nie byłam w stanie zaobserwować.
Znów zabrakło mi tchu, tym razem przez jego przesycony smrodem papierosów oddech, który wyraźnie poczułam, gdy nachylił się na tyle, by nasze twarzy znalazły się w odległości zaledwie kilku centymetrów od siebie.
– Złaź – jęknęłam, zaciskając dłonie na jego nadgarstkach i próbując go odepchnąć, ale niewiele mi to pomogło.
Nie byłam wstanie zdziałać niczego więcej. Zaciskając zęby, spojrzałam wprost w ciemne oczy wpatrzonego we mnie mężczyzny. Czułam, że z uwagą wodził wzrokiem po mojej twarzy i sylwetce, wydając się intensywnie nad czymś myśleć. Na moment jego brwi powędrowały ku górze, ale mogłam tylko zgadywać, co takiego w tamtej chwili chodziło mu po głowie.
– Ciekawe… – stwierdził, chociaż to było jednym z ostatnich określeń, których użyłabym do opisania sytuacji. – Więc jak to jest, co? Pogadamy sobie, a będzie w porządku – dodał, ale jego słowa wcale mnie nie uspokoiły.
– Złaź ze mnie! – powtórzyłam bardziej stanowczo. – Mówię poważnie. Bo inaczej…
Przerwał mi parsknięciem śmiechem.
– No, słucham? – zapytał z kpiną. Przez jego twarz przemknął cień, ale prawie natychmiast odzyskał nad sobą panowanie. – Chcesz się czymś pochwalić?
Coś ścisnęło mnie w gardle w odpowiedzi na te słowa. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, coraz bardziej spanikowana. Podejrzewałam, że w tamtej chwili popełniłam błąd, bo wymowne milczenie było dość jasną odpowiedzią, ale z drugiej strony… Co tak naprawdę bym osiągnęła, gdybym próbowała iść w zaparte?
Po prostu zejść. Na litość Boską, nie chcesz sprawdzać czy ja…
– Słyszałeś przecież, że pani o coś prosi!
Początkowo nawet nie zauważyłam, że cokolwiek się zmieniło. Nagle doszło mnie głuche uderzenie, a w następnej sekundzie Patrick wylądował na mnie, pozbawiony przytomności. Szarpnęłam się, próbując go z siebie strząsnąć, ale odrzucenie na bok ciała bezwładnego, dobrze zbudowanego mężczyzny, zdecydowanie nie było proste. Zdołałam jedynie wyślizgnąć się spod niego na tyle, by zdołać cokolwiek zobaczyć i zrozumieć, że nie byliśmy sami.
Zamarłam, dostrzegając nad sobą kolejną postać. Pierwszym, co zarejestrowałam, był para wpatrzonych we mnie stalowoszarych oczu i nieco wymuszony, rozdrażniony uśmiech.
– Mówiłem wtedy przecież, żebyś się zatrzymała – stwierdził niemalże urażonym tonem przybysz, zakładając ramiona na piersi.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że już gdzieś słyszałam ten głos.
No i jest! Pisało mi się łatwo i przyjemnie, więc jestem całkiem zadowolona z efektu, ale ostateczną ocenę jak zawsze pozostawiam Wam. Możliwe, że w czwóreczce co nieco się wyjaśni, a na razie zostawiam Was z odrobiną akcji i (jak mniemam) jeszcze większą ilością pytań.
Cóż, to chyba na tyle. Dziękuję za komentarze, obecność i do napisania. ^^