wtorek, 30 lipca 2019

Rozdział VIII

Ukojenie okazało się zaledwie chwilowe. Zbawienne działanie prysznica minęło równie szybko, co i się pojawiło, w którymś momencie zostawiając mnie drżącą i jeszcze bardziej roztrzęsioną. Tkwiłam na samym środku łazienki, na sobie mając wyłącznie zbyt luźną koszulę i spodnie, które dostałam od Ryana. Co prawda to wydawało się lepsze od dalszego biegania w halce, ale wcale nie poczułam się dzięki temu lepiej. Nie, skoro na pierwszy rzut oka nadal wyglądałam jak siódme nieszczęście.
Wzięłam kilka głębszych wdechów, naiwnie wierząc, że jednak uda mi się uspokoić. Ani Lettie, ani Ryan nie przyszli, żeby mnie poganiać, ale jakoś nie wątpiłam, że powinnam się pośpieszyć. Rozmowa. Potrzebowałam i tego, i jakichkolwiek wyjaśnień, chociaż zarazem wcale nie byłam taka pewna, czy chciałam je usłyszeć. Z drugiej strony, jakoś nie wątpiłam, że zabarykadowanie się w tej małej łazience i spędzenie tu reszt życia, również nie było dobrą opcją.
Odgarnęłam wciąż przemoczone włosy na plecy, by przestały kleić mi się do twarzy. Poruszając się trochę jak w transie i poświęcając zbyt wiele uwagi każdemu, nawet najdrobniejszemu ruchowi, chwilę jeszcze miotałam się po łazience, nie od razu decydując się wrócić na korytarz. Starannie zamknęłam za sobą drzwi, opierając się o nie plecami i mimowolnie wzdrygając się, gdy uderzył mnie panujący na zewnątrz chłód. Zwłaszcza po wyjściu z wciąż zaparowanego, dusznego pomieszczenia, zmiana temperatury dawała mi się we znaki.
Co powinnam zrobić? Bez wątpienia byłam coś winna dwójce towarzyszy, których zyskałam w tak nietypowych warunkach, ale co dalej? Już podczas kąpieli próbowałam stwierdzić, co powinnam i mogłam i powiedzieć, ale bezskutecznie. Zwłaszcza po swobodzie, z jaką Lettie zdradziła mi zdolności Ryana, nie potrafiłam uznać, że milczenie było najrozsądniejszą opcją. Mimo wszystko dyskutowanie o zdolnościach i Obdarzeniu po ponad roku, gdy w bezpiecznym klasztorze mogłam swobodnie udawać, że nie istniały…
Potrząsnęłam głową. Chciałam wierzyć, że co ma być to będzie, ale to i tak brzmiało tak, jakbym oszukiwała samą siebie.
Łazienka znajdowała się na końcu korytarza. Przy takim położeniu nie miałam zbyt wielkiego wyboru kierunku, więc bez pośpiechu ruszyłam przed siebie, uważnie rozglądając się dookoła. Udało mi się odtworzyć drogę do sypialni, w której się obudziłam, ale nie zdecydowałam się wejść do środka. Moją uwagę przykuły za to znajome głosy, dochodzące z pomieszczenia mieszczącego się kawałek dalej. Choć zaledwie chwila w towarzystwie Lettie i Ryana wystarczyła mi, by zrozumieć, że ta dwójka kłóciła się zdecydowanie zbyt często, mimowolnie skrzywiłam się, słysząc, że dziewczyna znów była bliska tego, żeby zacząć krzyczeć.
– … być milszy, co? – doszedł mnie jej spięty głos. Gdyby nie to, że miałam już okazję przyjrzeć się jej słodkiej, niewinnej twarzyczce, doszłabym do wniosku, że słowa należały do kogoś znacznie starszego. – Ryan, do diabła, ty ją przyprowadziłeś. Nie zachowuj się, jakby sama się tu wprosiła.
– A co miałem zrobić? Nagle po prostu mi tam padła!
– Więc ją zabrałeś. I bardzo dobrze, bo nawet ty nie byłbyś takim palantem, by zostawić nieprzytomną dziewczynę w obcym miejscu – westchnęła Lettie, choć na moment spuszczając z tonu. – Jest jedną z nas. Poza tym nie wygląda, jakby mogła nas pozabijać, więc… Jak mówiłam, sam ją zabrałeś – powtórzyła z naciskiem dziewczyna. – Dla mnie to ucina temat.
Odpowiedziało jej poirytowane prychnięcie.
– A dla mnie nie. Nie bądź głupsza niż musisz, dobra? – obruszył się Ryan. Nawet nie czekał na odpowiedź, w pośpiechu ciągnąć dalej. – Była koło klasztoru. Dlaczego tam?
– Wiesz, gdybym już miała się czymś martwić, to raczej tym, że natknąłeś się na pół nagą dziewczynę w lesie.
– To też.
Zacisnęłam usta. Przysłuchiwanie się ich rozmowie, zwłaszcza gdy mówili o mnie, było dziwne. Coś ścisnęło mnie w gardle, choć zarazem wiedziałam, że nie powinnam mieć do nich pretensji. Ja też miałam problem z tym komu i na ile zaufać, ale mimo wszystko…
– Po prostu ją zapytaj, zamiast wymyślać niestworzone rzeczy – odezwała się ponownie Lettie. Tym razem zabrzmiała pewnie i rzeczowo. – Razem uciekaliście przed Poszukiwaczami. Powiedziałeś, że na nią polowali, więc… Cóż, tyle w temacie tego, czy mogłaby być po ich stronie.
Tym razem Ryan nie odpowiedział, ale nie uznałam tego za oznakę zgody. Och, wręcz przeciwnie. W pamięci wciąż miałam jego zacięty wyraz twarzy i sposób, w jaki na mnie patrzył przez cały ten czas. To, że miał względem mnie wątpliwości, było równie oczywiste, co i brak sympatii z jego strony.
Nerwowo zacisnęłam usta. Chwilę jeszcze nasłuchiwałam, chociaż czułam, że to nienajlepszy pomysł. Tak naprawdę powinnam po prostu tam wejść, ale nie od razu się na to zdobyłam.
– Nieważne – stwierdził w końcu Ryan. Wyczuwałam wyraźną rezerwę w jego tonie. – Chociaż i tak nie rozumiem, co tam robiła. Jestem pewien, że widziałem ją już w klasztorze, więc…
Tyle wystarczyło, żebym straciła cierpliwość.
– Mogłabym zapytać o to samo.
Poczułam się dziwnie, gdy spojrzenia Lettie i Ryana powędrowały ku mnie. Westchnęłam w duchu, po czym – siląc się na zachowanie neutralnego wyrazu twarzy – w końcu zdecydowałam się przekroczyć próg. Uniosłam głowę, próbując zachowywać się tak, jakbym wcale nie czuła się źle z dopiero co podsłuchaną rozmową. Tym, że właśnie dobrowolnie dałam znać, że przez cały ten czas byłam obok, również.
– Miło, że w końcu się do nas pofatygowałaś.
– Ryan – syknęła natychmiast Lettie, ale chłopak nawet na nią nie spojrzał.
Powstrzymałam grymas, w zamian wysilając się na blady uśmiech. Być może to nie miało sensu, ale nie zamierzałam doprowadzić do sytuacji, w której znów miałabym kulić się jak wystraszone dziecko, czekając na rozwój wypadków. Mógł mieć powody do niepokoju, jasne – które z nas nie miało? – ale to jeszcze nie znaczyło, że zamierzałam pozwolić, by traktował mnie w ten sposób.
Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, ja starając się ignorować przenikliwe spojrzenie intensywnie zielonych oczu Ryana. Nie zaryzykowałam spojrzenia wprost w jego szmaragdowe tęczówki, ale i tak czułam się co najmniej nieswojo. Miałam wrażenie, że prowokował mnie samym tylko spojrzeniem, oczekując… Och, sama nie byłam pewna czego! Tym razem nie pojmowałam, skąd brała się niechęć, nagle gotowa przysiąc, że chodziło o coś więcej, niż tylko wspomniane wcześniej wątpliwości.
– Lepiej wyglądasz – stwierdziła cicho Lettie, jako pierwsza przerywając przeciągająca się ciszę. Byłam jej za to wdzięczna. – Wszystko gra, Amy?
– Jasne.
Poniekąd to wcale nie było aż takim wielkim kłamstwem. Czułam się nieźle, zwłaszcza że w końcu udało mi się zapanować nad chłodem. Mimo wszystko i tak objęłam się ramionami, wyprostowałam i z uwagą powiodłam wzrokiem po pomieszczeniu, w którym ostatecznie wszyscy się znaleźliśmy.
Pokój przypominał skrzyżowanie gabinetu z niewielkim salonem. Dostrzegłam zastawione książkami regały i małe, pokryte papierami biurko, wciśnięte zaraz pod oknem. Nie zaskoczył mnie widok starannie zaciągniętych zasłon ani to, że w pomieszczeniu paliła się tylko jedna, rzucająca anemiczne światło lampka. Wszystko aż krzyczało, że mieszkańcy nie chcieli zwracać na siebie zbędnej uwagi, choć takie zachowanie mimo wszystko mogło wydać się podejrzane.
Lettie rozsiadła się na jednym z dwóch, ustawionych przy niskim stoliku do kawy foteli. Nogi przerzuciła przez podłokietnik, w zasadzie bardziej leżąc niż siedząc. Co prawda na mój widok wyprostowała się, ale nie zmieniła pozycji, wygięta pod jakimś dziwnym kątem. Udało jej się nawet wysilić na uśmiech, ale to nie przyszło jej aż tak naturalnie jak wcześniej. W zasadzie byłam gotowa przysiąc, że dziewczyna nieznacznie się zarumieniła.
Ryan dla odmiany nie wyglądał na ani trochę zmieszanego. Och, wręcz przeciwnie – wciąż patrzył na mnie wyzywająco, jakby chcąc w ten sposób podkreślić, że wciąż obstawał przy tym, co powiedział, nawet jeśli nie miał pewności, ile usłyszałam. On również skrzyżował ramiona na piersiach, nie tyle w próbie zapanowania nad ciałem, co chęci wyglądania na kogoś pewniejszego niż w rzeczywistości. Takie przynajmniej miałam wrażenie, zwłaszcza że coś w jego postawie niezmiennie sprawiało, że zapragnęłam zniknąć mu z oczu.
Odchrząknęłam, żeby oczyścić gardło. Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że któreś z nich uwolni nas od konieczności trwania w ciszy i jednak się odezwie, ale szybko nabrałam pewności, że czekam na marne.
– Cóż… Mieliście do mnie jakieś pytania, prawda? – zauważyłam przytomnie. Samą siebie zaskoczyłam tym, jak swobodnie i pozornie lekko zabrzmiał mój głos. – Więc czekam. Tak jak mówiła Lettie… – Wymownie zerknęłam na Ryana. Udało mi się uśmiechnąć, ale czułam, że wyszło mi to w dość wymuszony, wręcz gorzki sposób. – Zamiast gdybać, wal wprost.
– Co robiłaś w klasztorze?
Uniosłam brwi. Nie spodziewałam się, że Ryan potraktuje moje słowa aż tak dosłownie, ale z drugiej strony… Cóż, mogłam się tego po nim spodziewać.
Zacisnęłam usta, bynajmniej nie paląc się do tego, żeby odpowiadać. Bez pośpiechu przeszłam przez pokój, po czym ciężko opadłam na fotel sąsiadujący z tym Lettie. Nie ufałam sobie na tyle, by dalej stać, choć wciąż czułam się dziwnie – i to zwłaszcza z tym, że Ryan nagle zaczął nade mną górować.
– To jednak na ciebie wpadłam w podziemiach… Prawie dostałam zawału, wiesz? – mruknęłam, próbując wszystko sensownie poukładać.
– To nie jest odpowiedź – obruszył się chłopak. – No i uciekłaś przede mną, więc…
– Przypadkowy gość zaczął mnie obmazywać, na dodatek po ciemku. Co miałam zrobić? – obruszyłam się.
– Obmacywałeś ją!? – wyrwało się Lettie.
Ryan jęknął. Po ruchu jego warg poznałam, że w rzeczywistości był bliski tego, by zacząć przeklinać. Coś w jego twarzy złagodniało, zaraz też wyrzucił obie ręce ku górze w poddańczym geście.
– Okej, mój błąd! Widziałem równie niewiele, co i ty, jasne? – wyrzucił z siebie na wydechu. Wychodziło na to, że na bardziej konkretne przeprosiny nie miałam co liczyć. – No i znokautowałaś mnie, więc jesteśmy kwita. Teraz odpowiedz.
Wciąż nie byłam przekonana, ale jaki tak naprawdę miałam wybór? W milczeniu uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, wciąż robiąc wszystko, by zebrać myśli. Palce wplotłam we wciąż wilgotne włosy, raz po raz nerwowo je przeczesując. Zajęcie czymś rąk na swój sposób pomagało, ale i tak nie udało mi się rozluźnić.
– Mieszkam… Mieszkałam – poprawiłam się niechętnie. Ucisk w gardle przybrał na sile, gdy tylko wypowiedziałam te słowa. No, tak… Mieszkałam. – Musiałam uciekać, kiedy pojawili się Poszukiwacze.
– Mieszkałaś – powtórzył niczym echo Ryan, spoglądając na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy.
Tyle wystarczyło bym pojęła, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Przez jego twarz przemknął cień. Nie dodał niczego więcej, ale wyjątkowo nie poczułam się dobrze z tym, że najwyraźniej właśnie zepsułam mu światopogląd. Kto wie, może nawet próbował wyobrazić mnie sobie w habicie. To byłoby całkiem zabawne – przypadkowo uprowadzić jedną z sióstr zakonnych…
– Byłam tam od roku. Odkąd… – Wzruszyłam ramionami. Jakbym akurat im musiała tłumaczyć, co się zmieniło. – Mieszkałam z ciocią. Zabrała mnie do siebie, kiedy się zaczęło.
– Azyl w klasztorze? A to ciekawe – stwierdził w zamyśleniu Ryan. – I tylko dlatego tam pojechałaś?
– A z jakiego innego powodu? Zresztą nie zależy mi na tym, żebyś mi wierzył – zniecierpliwiłam się. – Tu nawet nie chodzi o wiarę. Kobiety stamtąd to najcudowniejsze osoby, jakie poznałam i nie mówię tu tylko o cioci.
Musiałam urwać, żeby złapać oddech. Ucisk w piersi przybrał na sile, a ja z zaskoczeniem przyjęłam do wiadomości to, że piekły mnie oczy. Zamrugałam nieco nieprzytomnie, nie zamierzając ot tak pozwolić sobie na łzy. Zaskoczyły mnie, tak jak i cała mieszanka emocji, którą nagle poczułam. Przebudzenie w środku nocy, paniczna ucieczka, a ostatecznie omdlenie i wylądowanie tutaj… To wszystko działo się szybko – zbyt szybko, mogłam wręcz powiedzieć. W całym tym szaleństwie tęsknota zeszła gdzieś na dalszy plan, bo tak naprawdę nie miałam czasu, żeby myśleć.
Aż do tej pory. Rozmowa jedynie czyniła prawdziwszym wszystko to, co miało miejsce. Do tej pory przez myśl nie przeszło mi, że niejako już nie miałam dokąd wracać. Wiedziałam o tym i to już błądząc po lesie, a jednak…
Wyczułam ruch, ale nie od razu zorientowałam się, co oznaczał. Zanim w ogóle zdążyłam się zastanowić, Lettie nagle znalazła się tuż obok mnie, bezceremonialnie uwieszając mi się na szyi.
– Hej – usłyszałam tuż przy uchu jej niepewny szept. – Wszystko gra, Amelio. Ryan nie miał na myśli niczego złego.
Powiedziała to takim tonem, że sam zainteresowany nie zdecydował się zaprotestować. Wiedziałam swoje – w tym to, że najpewniej powiedział dokładnie to, co akurat myślał – ale skinęłam głową, bez słowa odwzajemniając uścisk wtulonej we mnie dziewczyny. Wciąż zbierało mi się na płacz, ale udawało mi się powstrzymywać, przynajmniej na razie. Wypłakiwanie sobie oczu było ostatnim, na co miałam ochotę w towarzystwie.
Weź się w garść.
Och, gdyby to jeszcze było takie proste…
– A ty? – zapytałam cicho. Nie patrzyłam na Ryana, ale zwracałam się bezpośrednio do niego. – Ja tam mieszkałam. Za to ty wszedłeś do mojego domu i… Cóż, najwyraźniej sprowadziłeś tam Poszukiwaczy.
Ta myśl mnie poraziła, zwłaszcza że nagle wydała się zaskakująco sensowna. Początkowo myślałam, że wszystko jednak sprowadzało się do mnie – że ktoś jakimś cudem zorientował się, że gdzieś w klasztornych murach spokojnie żyła sobie Obdarzona, od roku uciekająca od nowej rzeczywistości – ale to wcale nie musiało być tak. To, że Ryan wydawał się znać mężczyzn, z którymi ganialiśmy się po lesie, również wydawało się dość wymowne.
Jego wina… Może gdyby nie przyszedł, nic złego by się nie stało. Nie musiałabym uciekać, a jednak…
– Szukałem… – Ryan urwał. Spojrzałam na niego, ale skończyło się na tym, że mogłam co najwyżej wpatrywać się w jego plecy, kiedy tak po prostu odwrócił się ode mnie i Lettie. – Nieważne.
– Nieważne? – jęknęłam, gwałtownie nabierając powietrza. Z wrażenia omal się nie zakrztusiłam. – Ode mnie oczekujesz wyjaśnień, a kiedy chcę wzajemności…
– Jeszcze nie skończyliśmy – zauważył bez większego zainteresowania Ryan. – I coś mi nie pasuje. Tak po prostu mieszkałaś sobie z ciotką w klasztorze?
– Co to ma do…?
– Wiedziała o tobie? – drążył, nie wykazując większego zainteresowania tym, że miałam coś do powiedzenia. – O tym, kim jesteś?
– Oczywiście, że tak. Sama kazała mi uciekać. – Z niedowierzaniem potrząsnęłam głową. – Oskarżasz mnie o coś? Do cholery…
I tym razem nie pozwolił mi dokończyć. Co prawda nie przerwał mi słownie, ale coś w spojrzeniu, którym mnie obdarował, momentalnie sprawiło, że zamilkłam. Po prostu siedziałam na fotelu, tuląc do siebie Lettie i próbując zrozumieć, dokąd w ogóle zmierzała to rozmowa.
– Nie – powiedział w końcu Ryan. – Po prostu się nie spodziewałem. Wychodzi na to, że… przypadkiem wpadłem tam, gdzie nie powinienem. Wybacz.
– I tyle?
Ryan wydał z siebie sfrustrowany jęk.
– A co mam więcej ci powiedzieć? Nie miałem pojęcia! – obruszył się.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta. Miałam ochotę doskoczyć do niego i porządnie potrząsnąć za ramiona – zrobić cokolwiek, by choć w niewielkim stopniu pokazać, co sądziłam o takich… przeprosinach. „Przypadkiem zepsułem ci życie, no wybacz!” – dokładnie tak brzmiało to z mojej perspektywy. Myślenie o tym w ten sposób jedynie pogarszało sytuację, a jednak…
Tyle że w jakiś pokrętny sposób Ryan też miał rację. Nie mógł wiedzieć, bo i skąd? Kto wpadłby na pomysł, że w najpewniej przypadkowo wybranym klasztorze był ktoś, na kogo przypadkiem można było ściągnąć niebezpieczeństwo? Chciałam się na niego złościć, ale jakaś rozsądniejsza cześć mnie skutecznie mi to utrudniała.
Bezwiednie mocniej przygarnęłam do siebie Lettie. Trzymałam ją w ramionach, nie dbając o to, że była mi całkowicie obca. W tamtej chwili potrzebowałam kogokolwiek, kto by mnie przytulił, zaś bliskość dziewczyny okazała się znaczyć więcej, niż mogłabym przypuszczać. Przynajmniej to powstrzymywało mnie przed natychmiastowym poderwaniem się na równe nogi i… zrobieniem czegoś, czego jak nic przyszłoby mi żałować.
Zamknęłam oczy, jakby to mogło powstrzymać cisnące mi się do oczu łzy. Sama już nie byłam pewna czy to złość, czy może tęsknota, rozżalenie albo… wszystko inne. Och, równie dobrze w grę mogła wchodzić cała mieszanka, to nie miało znaczenia. Emocje już i tak zbyt mocno wytrącały z równowagi, bym chciała tracić czas na nazywanie ich. Zupełnie jakby w ten sposób cokolwiek mogło się zmienić…
– Ta… Zostańcie tutaj, co? – rzucił z wahaniem Ryan, jednak decydując się przerwać panującą ciszę. Choć nie widziałam jego twarzy, coś w brzmieniu jego głosu dało mi do zrozumienia, że był zmieszany. Cóż, chociaż tyle. – Idę się przejść.
– Uciekasz? – wycedziła przez zaciśnięte zęby Lettie.
Nie odpowiedział. Chwilę później obie usłyszałyśmy trzaśnięcie drzwi, ale nawet wtedy nie zdecydowałam się na otwarcie oczu. Trwałam w bezruchu, spazmatycznie chwytając oddech i wciąż tuląc się do Lettie. A może ona do mnie? Nie miałam pewności, ale to i tak nie było ważne. Wystarczyło, że siedziała tuż obok, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto mógłby ewakuować się przy pierwszej możliwej okazji.
Nie miałam pewności, jak długo trwałyśmy w ciszy. Było w tym coś kojącego, może nawet bardziej niż w prysznicu, który wzięłam. Co prawda obawiałam się, że efekt okaże się równie nietrwały, ale to i tak wydawało się lepsze niż nic. Lettie i tak robiła dla mnie o wiele więcej, aniżeli mogłabym oczekiwać, zwłaszcza że pozostawała w tym wszystkim ostatnią osobą, którą miałabym prawo w tym wszystkim obwiniać.
– Ja… Hm. – Dziewczyna nieznacznie odsunęła się ode mnie. Słysząc jej głos, jednak zdecydowałam się otworzyć oczy. Lettie wyprostowała się, nerwowo zaciskając usta. – Wybacz. Ryan czasami…
– W porządku.
Spojrzała na mnie z powątpiewaniem. Przez chwilę wyglądała na chętną, by dodać coś więcej i jak nic znów zacząć chłopaka usprawiedliwiać, ale ostatecznie tego nie zrobiła. I całe szczęście.
– Wróci. No i oboje ochłoniecie – podjęła po chwili wahania dziewczyna. Nieco chwiejnie poderwała się na równe nogi. – Chcesz odpocząć? Albo… No nie wiem, zjeść coś?
– Jakoś straciłam apetyt – mruknęłam, po czym westchnęłam, podchwyciwszy jej spojrzenie. – Ale dzięki.
– Daj spokój. Jedzenie to zawsze dobry pomysł – oznajmiła z przekonaniem, wyraźnie robiąc wszystko, by zmienić temat. – Albo wiesz co? Inaczej. Coś ci pokażę – zapowiedziała, bezceremonialnie chwytając mnie za rękę.
Jak na kogoś tak drobnego, miała zadziwiająco dużo siły. Z drugiej strony, może ta ja byłam w na tyle beznadziejnym stanie, że nawet nie próbowałam z nią walczyć. Tak czy siak, chcąc nie chcąc poderwałam się na równe nogi, ledwo tylko mnie do tego przymusiła. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo czułam się zesztywniała. Najwyraźniej siedziałyśmy w bezruchu o wiele dłużej niż sądziłam.
Wierzchem dłoni otarłam twarz. Wolałam nie zastanawiać się, w jaki sposób wyglądałam, zwłaszcza że z doświadczenia wiedziałam, że napuchnięte, czerwone oczy zdecydowanie mi nie służyły. Nie żeby Lettie w ogóle wyglądała, jakby miała się tym przejąć, ale…
– Ryan wywraca oczami, kiedy to robię, ale ja i tak uważam, że to fantastyczne. Och, sama ocenisz! – stwierdziła w pośpiechu moja towarzyszka, ledwo tylko obie znalazłyśmy się z powrotem w wąskim korytarzu. – Niech się tylko zastanowię… Nie możemy wyjść, ale trudno. Zaczekaj tu chwilę.
Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, puściła mnie i biegiem zniknęła w jednym z pokoi. Zostałam sama, jak ostatnia idiotka tkwiąc na środku przejścia, zdolna co najwyżej bezradnie rozglądać się na prawo i lewo. Gdybym przynajmniej wiedziała, czego się spodziewać…
Usłyszałam pośpieszne kroki. Poderwałam głowę akurat w momencie, w którym Lettie – uśmiechając się przy tym jak ktoś, kto właśnie wygrał los na loterii – z powrotem stanęła przede mną.
– Proszę bardzo!
Ojejku, zacznę mieć przez to opowiadanie wyrzuty sumienia, naprawdę. Kolejna dłuższa przerwa, no ale w końcu jest i nawet mi się podoba, więc chyba możecie mi wybaczyć. To i tak zadziwiające, że w tym wszystkim wciąż macie do mnie cierpliwość. Zresztą będę usprawiedliwiać się upałami i tym, że aktualnie jestem na półmetku ksiąg Lost in the TimeForever you said. Liczy się?
Z wielkim dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia. To bardzo motywuje, zwłaszcza że w tej tematyce wciąż czuję się jak dziecko we mgle. <3