sobota, 22 września 2018

Rozdział IV

Nie miałam wątpliwości, że po raz pierwszy spotkałam stojącego tuż przede mną mężczyznę. Na moment zamarłam, rezygnując z szarpaniny z Patrickiem, choć miałam wrażenie, że napierające na mnie bezwładne ciało, z każdą kolejną sekundą ważyło coraz więcej.
Potrzebowałam kilku sekund, by uprzytomnić sobie, dlatego głos nieznajomego wydał mi się znajomy. Chociaż wciąż czułam się tak, jakby godziny błądzenia po podziemiach były snem, trudno bym zapomniała moment, w którym uprzytomniłam sobie, że ktoś mi towarzyszył. To, że mężczyzna z takim wyrzutem przypominał mi, że nie posłuchałam go, kiedy kazał mi się zatrzymać, dodatkowo utwierdziło mnie w przekonaniu, że musiał być osobą, którą spotkałam po drugiej stronie krat. Machinalnie zacisnęłam dłonie w pięści, niemalże znów czując, jak obce palce zaciskają się na moim nadgarstku.
– Z-zabiłeś go?
Właściwie sama nie byłam pewna, dlaczego to było pierwszym pytaniem, które przyszło mi do głowy. Być może wszystko sprowadzało się do szoku, a może świadomości, że ciało Patricka wciąż dociskało mnie do ziemi. Myśl o tym, że tak naprawdę leżałam pod trupem, wytrąciła mnie z równowagi bardziej niż to, że w najgorszym wypadku mogłam właśnie trafić z deszczu pod rynnę.
Wpatrzony we mnie mężczyzna uniósł brwi. Otworzył usta, ale nie odezwał się, w zamian spoglądając na mnie w co najmniej skonsternowany sposób. W roztargnieniu przeczesał jasne włosy palcami, a ja dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, jak wyglądał. Pomijając stalowoszare oczy, które już wcześniej przykuły moją uwagę, był nienaturalnie blady i tak szczupły, że coś w jego wyglądzie skojarzyło mi się z pająkiem. Chociaż nie chciałam kierować się pozorami, coś w wyglądzie blondyna sprawiło, że nie byłam w stanie uwierzyć, że mógłby kogokolwiek powalić – a już zwłaszcza tak dobrze zbudowanego gościa, jakim był Patrick.
– Tym się przejmujesz? Niech to szlag! – Oczy mężczyzny powędrowały ku górze. – Tak, nie ma sprawy. Nie masz za co dziękować, serio.
Jeszcze kiedy mówił, odwrócił się na pięcie, bezceremonialnie ruszając w swoją stronę. Zamrugałam, co najmniej zaskoczona jego słowami. Otrząsnęłam się dopiero po chwili, tym razem napinając mięśnie i bardziej stanowczo odpychając od siebie Patricka. Tym razem udało mi się oswobodzić na tyle, by zdołać poderwać się na nogi. W pierwszej chwili potknęłam się, przy okazji przekonując, że byłam roztrzęsiona o wiele bardziej, niż do tej pory mi się wydawało. Z trudem uchwyciłam równowagę, jak najszybciej podążając za moim samozwańczym wybawcą, nie wyobrażając sobie, że akurat teraz miałby tak po prostu sobie pójść.
– Hej! – obruszyłam się. – Co wy właściwie…?
– Krzycz głośniej – wszedł mi w słowo. Jego słowa wystarczyły, bym zamilkła, przez moment ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że doskonale wiedział, co takiego potrafię. – Najlepiej zwołajmy tu całe to cholerne towarzystwo!
– Przepraszam.
Tylko na tyle było mnie stać. Miała wrażenie, że bredzę od rzeczy, zwłaszcza gdy zaczęło do mnie docierać, co mogłoby się wydarzyć. Ze świstem wypuściłam powietrze, w końcu będąc w stanie się uspokoić. Wbiłam wzrok w plecy wciąż podenerwowanego mężczyzny, przystając i już tylko bezradnie go obserwując.
Łagodniejsze brzmienie mojego głosu musiało dać do myślenia również jemu, bo przystanął w pół kroku. Palce znów wsunął we włosy, raz po raz je mierzwiąc. Miałam wrażenie, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co robił, myślami wydając się być gdzieś daleko.
Dłuższą chwilę oboje trwaliśmy w ciszy, ja wciąż go obserwując.
– Dziękuję – powiedziałam w końcu. Zrobiło mi się głupio, gdy uprzytomniłam sobie, że tak naprawdę od tego powinnam zacząć. – Gdyby nie ty…
– Taa, to wiem. Możemy przestać tracić czas na głupoty?
Zacisnęłam usta. Wdzięczność momentalnie przygasła, wyparta przez stopniowo narastającą frustrację. Chociaż rozumiałam, że mógłby mieć do mnie pretensje o wcześniejszą ucieczkę, w tamtej chwili nie mogłam pozbyć się wrażenia, że traktował mnie z góry, prawie jak dziecko. Nie podobało mi się to, ale zanim choćby słowem zdążyłam uświadomić mu, że coś jest nie tak, mężczyzna w końcu odwrócił się w moją stronę.
Jego oczy jak na zawołanie rozszerzyły się, gdy z uwaga zmierzył mnie wzrokiem. Rozchylił usta, co na moment wytrąciło mnie z równowagi, zresztą jak i rumieńce, które – byłam gotowa to przysiąc! – nagle pojawiły się na jego policzkach. Z opóźnieniem dotarło do mnie, w jaki sposób się prezentowałam. Natychmiast założyłam ramiona na piersiach, próbując się osłonić, jednak nawet to nie było w stanie zmienić jednego – a konkretnie tego, że stałam przed nim w koszuli nocnej.
– Co? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Gapisz się na mnie, wiesz?
Drgnął, w końcu uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Wciąż wyglądał na podenerwowanego, wyraźnie nie wiedząc, gdzie oczy podziać. To mogłoby być nawet zabawne, gdyby w tak znaczącym stopniu nie dotyczyło mnie. Nie chciałam o tym myśleć, ale udawanie, że nie działo się nic wartego uwagi, zdecydowanie nie było moją mocną stroną.
– Chodźmy już, co? – ponaglił mnie nieznajomy, w pośpiechu ruszając w swoją stronę.
Popędziłam za nim, poniekąd dlatego, że stanie przy Patricku zdecydowanie nie należało do najrozsądniejszych posunięć. Czekanie aż ktoś przyjdzie sprawdzić, czy coś złego czasem nie spotkało palącego kupla pozostałej grupki, tym bardziej nie wchodziło w grę. Mimo wszystko czułam opór, zwłaszcza że wszystko we mnie aż krzyczało, że podążanie za pierwszym lepszym napotkanym człowiekiem było najgłupszym, na co mogłabym się zdecydować. Z drugiej strony, gdyby ten życzył mi wyjątkowo źle, zdecydowanie nie wtrąciłby się między mnie a mojego przeciwnika.
Tak czy siak, chciałam po prostu wierzyć, że przynajmniej tymczasowo mieliśmy wspólny cel.
– Kim jesteś? – rzuciłam spiętym tonem, gdy nabrałam pewności, że oddaliliśmy się wystarczająco daleko, by nikt nas nie usłyszał. Raz po raz niespokojnie rozglądałam się dookoła, woląc upewnić się, czy na pewno byliśmy sami.
– Będziesz teraz cały czas nawijać? – obruszył się.
– Chcę wiedzieć, jak masz na imię – warknęłam, rzucając mu poirytowane spojrzenie. – Co w tym dziwnego? Uratowałeś mnie, ale…
– I to chyba wystarczy, żeby mi zaufać.
W tamtej chwili zapragnęłam roześmiać mu się w twarz. Żartował sobie ze mnie? Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, do głowy przyszły mi kolejne, coraz to bardziej prawdopodobne scenariusze, zgodnie z którymi powinnam natychmiast rzucić się do ucieczki. To, że mnie ocalił, tak naprawdę niczego nie zmieniało. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób działali Poszukiwacze, ale skąd mogłam wiedzieć, czy nie mieli jakichś wewnętrznych przepisów, które zapewniły dodatkowe benefity tym, którzy zdołaliby schwytać Obdarzonego? Ludzie byli podli, a dla korzyści potrafili posunąć się naprawdę daleko.
Zatrzymałam się, krzyżując ramiona na piersiach. Może i było to zachowaniem godnym urażonej nastolatki, ale sam mnie do tego zmuszał. Biorąc pod uwagę fakt, że już na „dzień dobry” zaatakował mnie pierwszy lepszy napotkany człowiek, nie zamierzałam pozwolić, by kolejny próbował narzucać mi jakiekolwiek zasady.
Do mojego bezimiennego towarzysza z opóźnieniem dotarło, że już za nim nie podążałam. Zatrzymał się nagle, nerwowo oglądając przez ramię. Przez jego twarz przemknął cień, gdy zauważył mnie kilka metrów od siebie, bynajmniej nieśpieszącą się do tego, by gdziekolwiek pójść.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – jęknął, niechętnie zwracając. Zaklął pod nosem, na tyle cicho, że wychwyciła to wyłącznie dzięki ruchowi jego warg. – Nie mamy na to czasu. Jest ich więcej.
– Skąd wiesz? – zapytałam natychmiast. Jasne, wiedziałam o tym, ale i tak wolałam się upewnić. – To Poszukiwacze? – dodałam, tym samym jeszcze bardziej wytrącając mojego rozmówcę z równowagi.
– Z buszu się urwałaś czy jak? – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Tak. I to powinno ci wystarczyć. Musimy stąd spadać, bo…?
– Skąd pomysł, że z tobą pójdę? – zapytałam wprost.
To na moment zamknęło mu usta. Zatrzymał się naprzeciwko mnie, na tyle blisko, że byłam w stanie poczuć bijące od jego ciała ciepło. Zmierzył mnie wzrokiem, tym razem nie w tak przenikliwy sposób, ale i tak czułam, że się zmieszał.
– Co z tobą nie tak? – zapytał wprost. Prawienie komplementów zdecydowanie nie było jego mocną stroną. – Jesteśmy tacy sami. To w zasadzie wyczerpuje temat.
Wzdrygnęłam się, co najmniej jakby próbował mnie uderzyć. W gruncie rzeczy mogłam się tego domyślić już w chwili, w której się pojawił, ale i tak myśl o tym, że miałam przed sobą kolejną obdarzoną osobę, nieźle mnie zszokowała. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza do płuc, mimowolnie się wspinając. Jak długo kryłam się w klasztorze, mogłam udawać, że pewne rzeczy mnie nie dotyczą, ale w chwili, gdy stałam oko w oko z tym mężczyzną, słuchając jego nieudolnych wyjaśnień, wyraźniej niż wcześniej czułam, że wszystko się skomplikowało.
Ze świstem wypuściłam powietrze. Przez moment miałam ochotę uciec wzrokiem gdzieś w bok albo od razu odwrócić się na pięcie, usiąść na ziemi i udawać, że nie dostrzegam tego, co działo się wokół mnie. Cholerny tchórz, odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze, zwłaszcza że to była prawda. Izolowanie się od problemów było równoznaczne z ucieczką, ale do tego już zdążyłam się przyzwyczaić.
Przełknęłam, bezskutecznie próbując pozbyć się uścisku w gardle. Kiedy to nie pomogło, jednak zmusiłam się do tego, by się odezwać, zwłaszcza że mój towarzysz wciąż spoglądał na mnie wyczekująco, wyraźnie zniecierpliwiony.
– Dlaczego… miałabym ci w to uwierzyć?
Tym razem wyrywał mu się zdławiony, wyraźnie sfrustrowany jęk. Instynktownie spróbowałam odskoczyć, kiedy bezceremonialnie wyciągnął ręce w moją stronę. Udało mu się chwycić mnie za ramiona i zdecydowanym ruchem przyciągnąć do siebie.
– Naprawdę muszę ci to tłumaczyć? Przecież… – zaczął, ale nie było mu dane dokończyć.
Oboje zamarliśmy, słysząc zdławione, stopniowo narastające głosy. Zauważyłam, że ciemne oczy wciąż przytrzymującego mężczyzny rozszerzyły się nieznacznie, gdy wyczuł zagrożenie. Znów zaklął i – nie tracąc czasu na dalsze przekonywanie czy wyjaśnienia – bezceremonialnie chwycił mnie za rękę, zdecydowanym ruchem ciągnąc w kierunku przeciwnym do tego, z którego zmierzali obcy.
Tym razem nie próbowałam się z nim kłócić, poniekąd dlatego, że już na wstępie musiałam skupić się na utrzymaniu równowagi. Chociaż narzucił szybkie, zdecydowane tempo, dotrzymanie mu kroku przyszło mi o wiele łatwiej, niż mogłabym się spodziewać. Adrenalina zrobiła swoje, a ja mimo zmęczenia zdołałam wykrzesać z siebie dość energii, by biec, na dodatek o wiele szybciej niż wcześniej. Coś w tym stanie wydało mi się dziwne, ale w tamtej chwili było mi wszystko jedno, jeśli tylko mieliśmy szansę uciec.
Kolejny raz uderzyło mnie to, że tak naprawdę nie znałam okolicy. Wszystkie kierunki wyglądały dokładnie tak samo – tylko drzewa i krzewy, które z równym powodzeniem mogły okazać się zarówno wybawieniem, jak i przysłowiowym gwoździem do trumny. Czułam się tak za każdym razem, gdy z trudem udawało mi się uniknąć zderzenia z kolejnymi przeszkodami albo gdy czułam, że coś wplątuje się w moje włosy czy ubranie.
Chciałam tego czy nie, byłam zdana wyłącznie na decyzje mojego towarzysza. Początkowo przyjmowałam to w ciszy, bez słowa sprzeciwu podążając za nim. Dopiero gdy do głosu zaczęło dochodzić zmęczenie, a ja omal nie potknęłam się o własne nogi, gdy mężczyzna bezceremonialnie skręcił, zmieniając kierunek biegu, pociągnęłam go za rękę, próbując zwrócić na siebie jego uwagę.
– Masz jakiś plan? – wydyszałam.
Nawet jeśli był sfrustrowany tym, że po raz kolejny próbowałam pytać, nie dał niczego po obie poznać.
– Nie dać się złapać.
Innymi słowy: absolutnie nie. Pokręciłam głową, aż nazbyt świadoma, że nie mogliśmy przecież uciekać w nieskończoność. Na tę chwilę to przypominało zabawę w kotka i myszkę; błądziliśmy po lesie, w każdej chwili mogąc napatoczyć się na ludzi, którzy nie życzyli nam dobrze.
Chciałam coś zaproponować, ale w głowie miałam wyłącznie pustkę. W gruncie rzeczy nie miałam żadnego sensowniejszego planu od tego, który zasugerował mój towarzysz. Problem polegał na tym, że miotaniem się na prawo i lewo, mogliśmy co najwyżej pogorszyć sytuację.
– Może odpuścili – rzuciłam spiętym tonem. Z trudem powstrzymałam chęć, by obejrzeć się przez ramię. Czułam, że zwłaszcza w ciągłym ruchu, nie byłoby to najrozsądniejszym posunięciem. – Zatrzymaj się w końcu. Może nas nie zauważyli albo…
– Jeśli jest tu William to owszem, zauważyli – przerwał mi.
Momentalnie rozpoznałam to imię. Wystarczyła chwila, bym przypomniała sobie scenę, której mimowolnie byłam świadkiem, kiedy kuliłam się na drzewie. Nie miałam wątpliwości, że do jednego z mężczyzn pozostali zwracali się właśnie w ten sposób. I chociaż nie miałam pojęcia, kim tak naprawdę był William, coś w gniewnej nucie, która wkradła się do głosu wciąż zmuszającego mnie do biegu mężczyzny, jasno uprzytomniło mi, że lepiej byłoby się tego nie dowiedzieć.
Tym bardziej zaskoczył mnie moment, w którym ten bezceremonialnie się zatrzymał. Niewiele brakowało, bym na niego wpadła, w porę wytracając prędkość. Powiodłam wzrokiem dookoła, próbując stwierdzić, czy dotarliśmy do jakiegoś konkretnego miejsca, ale ta część lasu wyglądała równie beznadziejnie i nieciekawie, co i każda inna.
– Rozdzielmy się – usłyszałam i to wystarczyło, by wyrwać mnie z zamyślenia.
Zamrugałam nieco nieprzytomnie, początkowo czując się tak, jakby mówił do mnie w jakimś obcym języku. W następnej sekundzie, gdy już dotarło do mnie, co takiego mi sugerował, powróciła potrzeba wybuchnięcia śmiechem. Może wariowałam, ale to okazało się silniejsze ode mnie.
– Że co? Ale…
– Widział cię ktoś prócz Patricka? – zapytał, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Szukają mnie, ale z tym sobie poradzę. Na razie spowalniamy siebie nawzajem, a to niedobrze. – Zamilkł, z uwaga wodząc wzrokiem dookoła. Ostatecznie zwrócił się w lewo, uważnie przypatrując rosnącym tam drzewom, jakby mógł dostrzec w nich coś wyjątkowego. – O ile się nie mylę, gdzieś tutaj jest droga – wyjaśnił, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. Wcale nie poczułam się pewniej, gdy zniecierpliwionym ruchem machnął ręką przed siebie. – Znajdź ją i postaraj się nie zrobić nic głupiego. Jakoś cię znajdę.
Energicznie potrząsnęłam głową, wciąż mając wrażenie, że się przesłyszałam. Zacisnęłam usta, próbując powstrzymać się od wyrzucenia z siebie całej wiązanki przekleństw. Może i nie znałam się na planowaniu, ale to, co sugerował ten mężczyzna, brzmiało jak najgłupszy z dostępnych pomysłów. Nie żebym miała lepszy, ale rozdzielanie się, na dodatek w lesie i z pogonią na karku, kojarzyło mi się tylko z jednym: nieuniknioną tragedią.
Moje myśli wirowały, plącząc się ze sobą i tworząc co najmniej niepokojącą mieszankę, której w żaden sposób nie potrafiłam uporządkować. Gorączkowo szukałam jakiegoś sensownego kontrargumentu, który miałby szansę przekonać wpatrzonego we mnie chłopaka, że zachowywanie jak przyszła ofiara kolejnego głupiego horroru, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, ale żaden cudowny pomysł nie przyszedł mi do głowy. Zwiesiłam ramiona, zrezygnowana i wciąż pełna wątpliwości.
Jakie to ma znaczenie? Znasz go pięć minut! Po prostu myśl o sobie!
Coś ścisnęło mnie w gardle. Nie chciałam zachowywać się jak egoistka, zwłaszcza że niezależnie od wszystkiego mi pomógł, ale z drugiej strony…
– W porządku.
Uniósł brwi, jakby zaskoczony tym, że tak po prostu się zgodziłam, zamiast zacząć się sprzeczać. Przynajmniej nie skomentował tego nawet słowem, w zamian od razu ruszając w kierunku, który wskazał mnie.
– A tak swoją drogą – rzucił na odchodne – to jestem Ryan.
Nie minęła chwila, a zostałam sama. W oszołomieniu spojrzałam w ślad za nim, nim w końcu przymusiłam się do ruszenia z miejsca. Chociaż dopiero co byłam w stanie posunąć się naprawdę daleko, by zdobyć choć tak prostą informację, jak przynajmniej jego imię, w tamtej chwili wcale nie poczułam się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie, jakkolwiek irracjonalne by się to nie wydawało. Prawda była taka, że wiedząc kto mnie uratował, w jakimś stopniu darzyłam go zaufaniem – co prawda tylko niewielkim, ale jednak. Jakby tego było mało, jakoś łatwiej było mi ignorować bezpieczeństwo przypadkowej, bezimiennej osoby niż Ryana.
To nie czas na bzdury, warknęłam na siebie w duchu.
W pośpiechu ruszyłam przed siebie, woląc nie sprawdzać czy ktokolwiek faktycznie podążał za nami przez cały ten czas. Znów rzuciłam się do biegu, ale ten nie przychodziło mi już z taką łatwością, jak gdy Ryan ciągnął mnie za sobą. Do głosu w końcu doszło zmęczenie, ale próbowałam to ignorować, z uporem utrzymując stałe tempo. Mimo wszystko miałam wrażenie, że w jedne chwili uleciała ze mnie cała energia, przez co po pewnym czasie chcąc nie chcąc musiałam zwolnić, niezdolna złapać oddechu.
Wątpliwości co do decyzji, która podjął Ryan, momentalnie wróciły. Chciałam przekonać samą siebie, że wiedział, co robi, ale nie potrafiłam. Znów błądziłam po lesie, na oślep idąc przed siebie i dodatkowo wiedząc, że gdzieś na wyciągnięcie ręki mogło kryć się potencjalne zagrożenie. Co więcej, na domiar złego już nie tylko przejmowałam się sobą, ale jedyną osobą, która na tę chwilę wydawała mi się przychylna. Pomimo tego, że wciąż podchodziłam do Ryana z rezerwą, nie mogłam zaprzeczyć, że tymczasowo mieliśmy jeden cel.
No i – choć z uporem odsuwałam od siebie tę myśl – tak naprawdę nade wszystko przerażała mnie samotność.
– Droga w pobliżu. O ile się nie myli. Akurat… – wymamrotałam, nerwowo rozglądając po kolejnej części lasu.
Czułam się tak, jakbym kręciła się w kółko. Poniekąd tak było, przynajmniej jeśli chodziło o wnioski, które to wyciągałam, to znów negowałam, koniec końców nie ustalając niczego nowego. Z równym powodzeniem mogłabym stać w miejscu, ale na to nie mogłam sobie pozwolić. Z braku lepszych perspektyw i tak pozostawało mi co najwyżej iść i modlić się w duchu, by nigdzie w okolicy nie było nikogo niebezpiecznego.
Dobry Boże, wszyscy byliśmy po prostu ludźmi. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób Ryan wyobrażał sobie, że mnie odnajdzie, a tym bardziej jak wielkim problemem był ten cały William, ale…
Coś skutecznie wytrąciło mnie z równowagi. Zanim zdążyłam się zastanowić, bezceremonialnie wylądowałam na ziemi, kolejny raz mając ochotę zacząć kląć na czym świat stoi. Natychmiast wsparłam się na dłoniach, krzywiąc się  mimowolnie, choć tak naprawdę nie czułam bólu. Chciało mi się krzyczeć i płakać z frustracji, ale i przed tym się powstrzymałam, gotowa przysiąc, że gdybym pozwoliła sobie na choćby chwilowe załamanie, już nic nie przekonałoby mnie do tego, by ruszyć do dalszej wędrówki.
Podniosłam się z trudem, ocierając dłonie o już i tak ubrudzoną koszulę nocną. Spojrzałam na ziemię, próbując wypatrzeć cokolwiek, co mogłabym obwinić o upadek, ale teren nie wyglądał na bardziej wyboisty niż do tej pory. To ja byłam zmęczona, przemarznięta a teraz dodatkowo obolała, choć kilka otarć i siniaków i tak wydało mi się niczym w porównaniu do tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Patrickowi albo komukolwiek innemu udało się mnie złapać.
Niecierpliwym ruchem otarłam twarz, próbując udawać, że wilgoć, którą wyczułam pod palcami, nie miała żadnego związku z cisnącymi mi się do oczu łzami. Na to też miał przyjść odpowiedni czas. W głowie niemalże słyszałam naglący głos Bereniki, która poganiała mnie, raz po raz powtarzając, że mazać zawsze mogłam zacząć się kiedy indziej. Zresztą ostatnim, czego chciałam, było to, żeby ktokolwiek odnalazł mnie zapłakaną i całkowicie bezradną. Szlag, może i błądziłam po lesie w tej cholernej koszuli nocnej, ale wciąż miałam swoją dumę.
Wciąż o tym myśląc, zrobiłam pierwszy krok do przodu – i to tylko po to, by momentalnie znów zastygnąć w bezruchu, gdy uprzytomnić sobie coś istotnego. Wciąż oszołomiona, z opóźnieniem ruszyłam naprzód, chcąc upewnić się, że nic mi się nie przywdziało.
Ulga, którą poczułam chwilę później, była nie do opisania.
Jednak udało mi się znaleźć drogę.
Coś jest. Co? Zostawiam Wam do oceny. Na te chwilę cieszę się, że w ogóle udało mi się w końcu przysiąść do tego rozdziału. Przy odrobinie szczęścia kolejny pojawi się dużo szybciej, ale ja już wolę niczego nie obiecywać, bo z moich planów zwykle nic nie wychodzi.
Tradycyjnie dziękuję za obecność i komentarze. Do napisania!